Хелпикс

Главная

Контакты

Случайная статья





Rozdział XXV



Miesią c narzeczeń stwa upł yną ł; mijał y ostatnie jego godziny.

Nie moż na był o powstrzymać dnia, któ ry się zbliż ał - dnia ś lubu; wszystkie też przygotowania był y ukoń czone. Ja przynajmniej nie miał am już nic do roboty: oto tam, w moim pokoju, stał y wzdł uż ś ciany rzę dem kuferki, spakowane, zamknię te, obwią zane; jutro o tej porze bę dą już daleko w drodze do Londynu; i ja z nimi - albo raczej nie ja, ale pewna Jane Rochester, osoba, któ rej jeszcze nie znał am.

Jeszcze tylko należ ał o przybić karty z adresem, leż ał y te cztery kwadraciki w szufladzie.

Pan Rochester sam wypisał adres:

„Pani Rochester, Londyn, Hotel X” na każ dej; nie mogł am się zdecydować na ich przytwierdzenie. Pani Rochester!

Taka osoba przecież nie istniał a, miał a się dopiero narodzić jutro, coś okoł o ó smej rano; chciał am zaczekać, by się upewnić, czy przyszł a na ś wiat ż ywa, zanim bym jej przekazał a tę cał ą wł asnoś ć. Dosyć już, ż e w szafie, naprzeciw mojej toaletki, ubranie, mają ce być jej ubraniem, wyrugował o już moją starą weł nianą sukienkę i sł omkowy kapelusz; gdyż nie do mnie przecież należ ał ten stró j ś lubny, ta perł owa suknia jedwabna i cienki, zwiewny welon... Zamknę ł am szafę, by ukryć ten dziwny stró j widmowy, gdyż o tej wieczornej godzinie - był a dziewią ta - w cieniu mojego pokoju bł yszczał on istotnie poś wiatą jakiejś nieziemskiej zjawy. „Pozostawię cię w samotnoś ci, ty biał y ś nie - pomyś lał am. - Taka się czuję rozgorą czkowana: sł yszę, ż e wiatr wieje; wyjdę, pragnę się odś wież yć jego tchnieniem. ”

Nie tylko poś piech i przygotowania tak mnie rozgorą czkował y, nie tylko przewidywanie wielkiej zmiany - nowego ż ycia, któ re się miał o jutro rozpoczą ć; obie te okolicznoś ci miał y niewą tpliwie udział w wytworzeniu tego niespokojnego, podnieconego nastroju, jaki o tej pó ź nej godzinie wypę dzał mnie do ciemnego ogrodu; lecz był a i trzecia przyczyna, silniej od tamtych oddział ywają ca na mnie.

Trapił a mnie dziwna, niespokojna myś l. Zdarzył o się coś, czego nie mogł am zrozumieć; nikt o tym nie wiedział i nikt tego nie widział pró cz mnie.

Zdarzył o się to minionej nocy.

Pana Rochestera owej nocy nie był o w domu; jeszcze i teraz nie wró cił; jakiś interes zawezwał go do mał ego mają tku, zł oż onego z dwó ch czy trzech folwarkó w, któ ry posiadał o trzydzieś ci mil stą d - interes, któ ry musiał zał atwić osobiś cie przed zamierzonym wyjazdem z Anglii.

Czekał am teraz jego powrotu, pragną c wywnę trzyć się przed nim i znaleź ć u niego rozwią zanie drę czą cej mnie zagadki. Poczekaj i ty, czytelniku, aż on wró ci, a kiedy odkryję mu gnę bią cą mnie tajemnicę, i ty się jej dowiesz.

Poszł am do sadu: zapę dził mnie w to stosunkowo zaciszne schronienie wiatr, któ ry przez cał y dzień dą ł od poł udnia, nie przynoszą c jednak ani kropli deszczu. Zamiast przycichną ć ku nocy, zdawał o się, ż e zwię ksza jeszcze pę d i pogł ę bia szum; drzewa chylił y się stale na jedną stronę, ledwie raz na godzinę prostują c na chwilę gał ę zie - tak bezustanny był pę d naginają cy je ku pó ł nocy. I chmury gnał y od bieguna do bieguna szybko, jedne za drugimi, wielkimi gromadami; owego lipcowego dnia nie ukazał się ani skrawek bł ę kitu.

Nie bez pewnej dzikiej rozkoszy gnał am, pę dzona wiatrem, topią c troskę mojej duszy w bezmiernym strumieniu powietrznym grzmią cym w przestworzach. Przebiegł szy ś cież kę wś ró d krzewó w, stanę ł am przed ruiną kasztana; stał tam sczerniał y, rozdarty; pień, rozł upany przez ś rodek, ś wiecił straszną raną. Rozł upane poł owy nie odł amał y się od siebie, gdyż mocna podstawa i silne korzenie spajał y je od spodu; jednakż e wspó lne ż ycie uległ o zniszczeniu; soki już nie mogł y krą ż yć; wielkie konary po obu stronach był y martwe, a wichury zimowe niewą tpliwie zwalą je na ziemię; tymczasem jednak moż na był o powiedzieć, ż e jeszcze tworzą jedno drzewo - ruinę wprawdzie, ale ruinę czegoś jednolitego. „Dobrze, ż e się trzymacie razem - powiedział am, jakby te olbrzymie drzazgi był y ż ywymi stworzeniami i mogł y mnie sł yszeć. - Choć wyglą dacie na zniszczone, spalone i zwę glone, musiał a w was pozostać jakaś iskra pł yną ca z waszej wspó lnoty u podstawy wiernych, dobrych korzeni, nie okryjecie się już nigdy zielonym listowiem, nigdy już ptaki nie uwiją gniazd, nie zaś piewają pieś ni w waszych gał ę ziach, czas wesela i mił oś ci przeminą ł dla was, nie jesteś cie jednak opuszczone: każ de z was ma wspó ł czują cego towarzysza w godzinie ś mierci. ” Gdym na nie patrzył a, księ ż yc na jedną chwilę ukazał się mię dzy obiema czę ś ciami pnia. Krą g jego był krwawy, na wpó ł zamglony; zdawał się rzucać na mnie jakieś zł owrogie spojrzenie i zaraz znó w zasnuł się gł ę boką falą chmur. Wiatr ucichł na moment dokoł a Thornfield, ale w oddali nad lasami, nad wodami zawodził smę tnym, ponurym ję kiem. Smutno był o go sł uchać. Ruszył am dalej.

Tu i tam bł ą dził am po sadzie; zbierał am jabł ka gę sto opadł e pod drzewami; potem zaję ł am się przebieraniem dojrzał ych od niedojrzał ych, odniosł am je do domu i schował am do spiż arni.

Potem poszł am do biblioteki przekonać się, czy rozpalono ogień w kominku, gdyż chociaż był o lato, wiedział am, ż e w taki chmurny dzień pan Rochester rad powita przyjazny kominek.

Owszem, ogień już się dobrze palił. Przysunę ł am fotel i stó ł przed kominek, spuś cił am storę, kazał am przynieś ć ś wiece gotowe do zapalenia. Coraz niespokojniejsza, po ukoń czeniu tych przygotowań nie mogł am usiedzieć na miejscu ani nawet pozostać w domu. Mał y zegar stoją cy w pokoju i stary zegar w hallu ró wnocześ nie wybił y dziesią tą.

„Jak pó ź no się robi! - westchnę ł am. - Pobiegnę do bramy; księ ż yc ukazuje się chwilami, stamtą d widać duż y kawał drogi. Moż e on już nadjeż dż a; spotkawszy go oszczę dzę sobie kilku minut niespokojnego oczekiwania. ”

Wiatr szumiał gł oś no w wielkich drzewach okalają cych bramę, ale droga, jak okiem się gną ć na prawo i na lewo, był a cicha i pusta; kiedy księ ż yc wyzierał, przemykał y po niej cienie chmur, poza tymi chwilami wyglą dał a jak dł uga blada linia bez ż adnej poruszają cej się drobiny.

Niemą dra ł za zać mił a mi oczy, gdy tak patrzył am, ł za zawodu i niecierpliwoś ci; wytarł am ją zawstydzona. Czekał am; księ ż yc zamkną ł się szczelnie w swojej komorze, zapuś cił gę stą zasł onę chmur. Noc zapadł a, ciemna; deszcz przygnany wichurą zaczynał padać.

„Ach, ż eby już przyjechał!

Ach, ż eby już przyjechał! ” - zawoł ał am, zdję ta jakimś nerwowym lę kiem. Spodziewał am się jego przyjazdu przed herbatą, a teraz już był o ciemno; có ż mogł o go zatrzymać?

Czy spotkał go jaki wypadek?

Przypomniał am sobie znowu wydarzenie ostatniej nocy.

Wytł umaczył am je sobie jako przestrogę, jako zapowiedź nieszczę ś cia. Zdją ł mnie lę k, ż e nadzieje moje są zbyt jasne, by mogł y się urzeczywistnić; a tyle szczę ś cia zaznał am w ostatnich czasach, ż e pomyś lał am, iż szczę ś cie moje już dosię gł o zenitu - i odtą d musi go ubywać.

„To trudno, ale ja nie mogę wracać do domu - pomyś lał am - nie mogę zasią ś ć przy kominku, gdy on jest wystawiony na niepogodę; lepiej przemę czyć ciał o niż drę czyć serce; wyjdę na drogę. ”

Ruszył am z miejsca; szł am szybko, ale nie uszł am daleko; niebawem posł yszał am tupot kopyt koń skich; jeź dziec się zbliż ał w peł nym galopie; pies biegł obok niego. Precz, zł e przeczucie! To on - siedni na Mesrourze, za nim podą ż a Pilot. Zobaczył mnie, gdyż księ ż yc otworzył niebieskie okno wś ró d chmur i przepł ywał tę jasną przestrzeń. Rochester zdją ł kapelusz i powiewał nim nad gł ową. Pobiegł am na jego spotkanie.

- A widzisz - zawoł ał wycią gają c rę kę i przechylają c się z siodł a - nie moż esz się obejś ć beze mnie, to widoczne.

Stań na koń cu mego buta i podaj mi obie rę ce. Wsiadaj!

Usł uchał am; radoś ć uczynił a mnie zwinną; wskoczył am na siodł o przed nim. Dostał mi się na powitanie serdeczny pocał unek i trochę triumfują cych przechwał ek, któ re przeł knę ł am.

Pohamował się w swoim rozradowaniu, pytają c:

- Ale czy się co stał o, Ż anetko, ż eś wyszł a spotkać mnie o takiej godzinie? Czy stał o się co zł ego?

- Nie, ale myś lał am, ż e pan już nigdy nie przyjedzie. Nie mogł am znieś ć czekania na pana w domu, zwł aszcza przy tym deszczu i wietrze.

- Deszcz i wiatr, doprawdy!

Tak, ty ociekasz wodą jak syrena; zacią gnij mó j pł aszcz dokoł a siebie. Ale zdaje się, ż e masz gorą czkę, Jane: twoja twarz i rę ce pał ają. Jeszcze raz cię pytam, czy się co stał o?

- Teraz już nic; ani się nie boję, ani nie jestem nieszczę ś liwa.

- Ale bał aś się? Ale był aś nieszczę ś liwa?

- Tak, trochę; ale o tym wszystkim jednak opowiem panu po trosze i zapewne wyś mieje mnie pan tylko.

- Wyś mieję cię serdecznie, niech tylko jutro przeminie; do tego czasu nie mam zupeł nej pewnoś ci, czy mi się nie wymkniesz. Tyż eś to, coś przez ten ubiegł y miesią c był a ś liska jak wę gorz, a ciernista jak dzika ró ż yczka? Nie mogł em cię palcem dotkną ć, tak kł uł aś; a teraz wydaje mi się, ż e tulę w obję ciach zbł ą kane jagnię.

Wyszł aś z szopy, ż eby odszukać swojego pasterza, czy tak, Jane?

- Tę skno mi był o za panem, ale niech pan nie triumfuje. Otó ż jesteś my w Thornfield; niech mi pan pomoż e zsią ś ć.

Postawił mnie na ziemi. Gdy John odebrał konia, a ja weszł am z nim do hallu, kazał mi prę dko przebrać się w suche rzeczy i wró cić do niego do biblioteki.

Jeszcze mnie zatrzymał, gdy zmierzał am ku schodom, i wymó gł na mnie obietnicę, ż e nie zabawię dł ugo; toteż poś pieszył am się; w pię ć minut był am z powrotem. Zastał am go przy kolacji.

- Usią dź, Jane, i dotrzymuj mi towarzystwa. Da Bó g, bę dzie to twoja ostatnia wieczerza przed odjazdem stą d na dł ugo.

Usiadł am, ale powiedział am, ż e nie mogę jeś ć.

- Czy dlatego, ż e cię czeka podró ż? Czy myś l o tym, ż e masz jechać do Londynu, tak ci odbiera apetyt?

- Dziś wieczorem nie widzę jasno, co mnie czeka. Zaledwie wiem, jakie myś li mam w gł owie.

Wszystko w ż yciu wydaje mi się nierealne.

- Opró cz mnie: ja jestem dosyć realny; dotknij mnie!

- Pan wię cej niż wszystko inne wydaje mi się jaką ś zjawą; pan jest po prostu snem!

Wycią gną ł rę kę ś mieją c się.

- Czy to sen? - zapytał wysuwają c ją prosto przed moje oczy. Miał zaokrą gloną, muskularną i silną rę kę oraz dł ugie, silne ramię.

- Tak, chociaż jej dotykam, to sen - odpowiedział am odsuwają c ją. - Czy pan już wię cej nie bę dzie jeś ć?

- Nie, Jane, skoń czył em.

Zadzwonił am i kazał am sprzą tną ć tacę. Gdy pozostaliś my znó w sami, poprawił am ogień i zaję ł am niski stoł eczek u kolan mojego pana.

- Już dochodzi pó ł noc - rzekł am.

- Tak; ale pamię taj, Jane, ż eś mi przyrzekł a czuwać ze mną w przeddzień mojego ś lubu.

- Tak, i dotrzymam przyrzeczenia; chę tnie posiedzę jeszcze co najmniej z godzinę albo dwie; wcale nie mam ochoty kł aś ć się spać.

- Czy pokoń czył aś wszystkie przygotowania?

- Wszystkie, proszę pana.

- I ja ró wnież - powiedział. -

Zał atwił em wszystko i wyjedziemy z Thornfield jutro, w pó ł godziny po powrocie z koś cioł a.

- Bardzo dobrze, proszę pana.

- Z jakim nadzwyczajnym uś miechem wypowiedział aś te sł owa „bardzo dobrze”, Jane! Jak ci pał ają rumień ce na policzkach i jak dziwnie bł yszczą oczy! Czy aby dobrze się czujesz?

- Chyba tak.

- „Chyba tak”! Co ci jest?

Powiedz mi, co czujesz.

- Nie mogę; ż adne sł owa nie potrafił yby wyrazić mych uczuć.

Pragnę ł abym, aby ta godzina nie miał a koń ca; kto wie, jaki los przynieś ć moż e nastę pna.

- To chorobliwe przywidzenia, Jane! Podniecił aś się zbytecznie albo przemę czył aś!

- A pan czy czuje się spokojny i szczę ś liwy?

- Spokojny?... nie, ale szczę ś liwy do gł ę bi serca.

Podniosł am ku niemu wzrok, chcą c wyczytać na jego twarzy oznaki szczę ś cia; zarumieniona był a i peł na ognia.

- Miej ufnoś ć we mnie, Jane - powiedział. - Ulż yj duszy, jeż eli ją cię ż ar jaki przygniata, podziel go ze mną.

Czego się obawiasz?... Ż e nie okaż ę się dobrym mę ż em?

- To nawet przez myś l mi nie przeszł o.

- Czy moż e lę kasz się tej nowej sfery, w jaką masz wejś ć?... Albo nowego ż ycia, któ re cię czeka?

- Nie.

- Stawiasz mnie wobec zagadki, Jane; twó j wyglą d i ton smutny, chociaż odważ ny, niepokoi mnie i sprawia mi przykroś ć. Pragnę wyjaś nienia.

- Wię c niech pan sł ucha. Nie był o pana w domu wczorajszej nocy.

- Tak, wiem; i wspomniał aś przed chwilą, ż e coś się stał o podczas mej nieobecnoś ci; prawdopodobnie nic waż nego; doś ć, ż e cię to zaniepokoił o.

Niechż e usł yszę, co to takiego.

Czy pani Fairfax powiedział a coś moż e? Albo posł yszał aś jakieś plotki sł uż ą cych?... Moż e coś uraził o twoje draż liwe poczucie godnoś ci?

- Nie, proszę pana.

Zaczę ł a bić dwunasta; zaczekał am, aż mał y zegar wydzwonił ją srebrzyś cie, a wielki zegar ochrypł ym, wibrują cym tonem; potem cią gnę ł am dalej:

- Przez cał y dzień wczorajszy był am bardzo zaję ta i bardzo szczę ś liwa wś ró d tej cią gł ej krzą taniny; wcale mnie bowiem nie prześ ladują, jak pan przypuszcza, lę ki co do tej przyszł ej sfery itp. Uważ am za wielkie szczę ś cie cieszyć się nadzieją poż ycia z panem, ponieważ pana kocham. Nie, niech mnie pan teraz nie pieś ci. Niech mi pan pozwoli mó wić swobodnie.

Wczoraj peł na był am ufnoś ci w Opatrznoś ć i wierzył am, ż e wypadki ukł adają się zaró wno dla pań skiego, jak i mojego dobra.

Był to pię kny dzień, jeś li pan pamię ta, spokojne powietrze, czyste niebo nie nasuwał y ani cienia niepokoju o pań skie bezpieczeń stwo i wygodę w podró ż y. Po herbacie przechadzał am się trochę, myś lą c o panu. Czuł am pana, w myś lach, tak blisko siebie, ż e prawie mi nie brakował o istotnej pań skiej obecnoś ci. Myś lał am o czekają cym mnie ż yciu - ż yciu z panem, szerszym i ruchliwszym od mojego wł asnego, jak gł ę bina morska jest szersza od pł ytkiego ł oż yska wą skiego strumyka, któ ry w nią wpada. Dziwił am się, dlaczego moraliś ci nazywają ten ś wiat dziką pustynią: dla mnie kwitł on jak ró ż a. O zachodzie sł oń ca ozię bił o się, niebo powlokł o się chmurami, wró cił am do domu. Sophie zawoł ał a mnie na gó rę, ż ebym obejrzał a ś lubną suknię, któ rą wł aś nie przyniesiono, a pod nią w pudle, znalazł am dar pań ski - ten welon, któ ry w swojej ksią ż ę cej hojnoś ci kazał pan przysł ać z Londynu, postanowiwszy widocznie, skoro nie chciał am klejnotó w, zmusić mnie fortelem do przyję cia czegoś ró wnie kosztownego. Uś miechał am się rozwijają c go i ukł adał am w myś li, jak bę dę ż artować z pana, jego arystokratycznych gestó w i chę ci przebrania plebejskiej narzeczonej za damę wysokiego rodu. Myś lał am o tym, ż e zaniosę na dó ł do pana welon z gł adkiego tiulu, któ ry sama przygotował am jako nakrycie dla mojej nisko urodzonej gł owy, i ż e zapytam, czy to wystarcza dla kobiety, któ ra nie moż e przynieś ć mę ż owi w posagu ani mają tku, ani pię knoś ci, ani stosunkó w.

Widział am wyraź nie, jaką pan bę dzie miał minę; sł yszał am pań skie gwał towne republikań skie odpowiedzi i dumne twierdzenie, ż e nie potrzebuje pan ani mają tku zwię kszać, ani stanowiska swego podnosić przez oż enek dla pienię dzy albo dla tytuł u.

- Jak ty mnie dobrze znasz, ty mał a czarownico! - wtrą cił pan Rochester. - Ale có ż eś znalazł a w tym welonie opró cz haftó w? -

Czy znalazł aś truciznę albo sztylet, ż e taką ż ał osną masz teraz minę?

- Nie, nie, opró cz subtelnoś ci i bogactwa wyrobu znalazł am tam tylko pychę Fairfaxa Rochestera; lecz to mnie nie przestraszył o, już oswoił am się z tym demonem.

Ale ś ciemnił o się, wiatr się zerwał, chociaż nie taki gwał towny jak dzisiaj; smutno, ponuro zawodził, daleko bardziej niesamowicie. Zatę sknił am do pana. Weszł am do tego pokoju i widok pustego fotela i kominka bez pł oną cego ognia wioną ł ku mnie chł odem. Poł oż ył am się spać, ale czas jakiś nie mogł am zasną ć. Trapił mnie niepokó j, nurtował o podniecenie. Wichura wzmagał a się, i zdawał o mi się, ż e przygł usza jakiś inny, posę pny gł os. Czy ten gł os pł yną ł z domu, czy z zewną trz, tego na razie nie mogł am rozró ż nić, ale powracał, niewyraź ny, a jednak ż ał osny, ilekroć przycichał wiatr; nareszcie wytł umaczył am sobie, ż e to gdzieś daleko pies wyje.

Rada był am, gdy w koń cu przestał. Gdy zasnę ł am, prześ ladował a mnie dalej we ś nie ciemna, wietrzna noc. W dalszym też cią gu bardzo pragnę ł am być z panem, odczuwał am takie dziwne, ż ał osne wraż enie, ż e przegradza nas jakaś zapora. Ś nił o mi się z począ tku, ż e szł am wzdł uż zakrę tó w jakiejś nieznanej drogi, otaczał a mnie ciemnoś ć zupeł na, deszcz mnie smagał; krę pował mnie cię ż ar, gdyż niosł am mał e dziecko: bardzo mał e stworzenie, za mał e i za sł abe, by mogł o samo chodzić, a drż ał o ono w moich zzię bnię tych rę kach i boleś nie kwilił o.

Pomyś lał am, ż e pan wyprzedza mnie o duż y kawał drogi; toteż natę ż ał am wszystkie sił y, by pana dogonić; czynił am daremne wysił ki, by wymó wić pań skie imię i bł agać, by pan się zatrzymał; jednakż e był am skrę powana w ruchach, a gł os mó j zamierał bez sł ó w; pan tymczasem, czuł am to, usuwał się z każ dą chwilą coraz dalej, coraz dalej...

- I te sny jeszcze teraz cią ż ą ci na sercu, Jane, chociaż jestem tak blisko ciebie? Ty mał e, nerwowe stworzenie!

Zapomnij o przywidzeniach, myś l tylko o szczę ś ciu, któ re jest na jawie. Powiadasz, ż e mnie kochasz, Ż anetko; ja o tym nie zapomnę i ty temu nie moż esz zaprzeczyć. Te sł owa nie zamarł y, niewypowiedziane, na twoich ustach. Sł yszał em je, wyraź ne, jasne, moż e odrobinę zbyt uroczyste, ale jak muzyka sł odkie: „Uważ am za wielkie szczę ś cie cieszyć się nadzieją poż ycia z panem, ponieważ pana kocham. ” Wię c ty mnie kochasz, Jane? Powtó rz mi to.

- Kocham, panie, kocham cał ym sercem!

- No tak, to dziwne - powiedział po paru minutach milczenia - ale to zdanie przeniknę ł o mnie boleś nie.

Dlaczego? Chyba dlatego, ż e wymó wił aś je z taką powagą, z takim religijnym przeję ciem, a wzrok twó j, wzniesiony ku mnie, miał najgł ę bszy wyraz wiary, prawdy i oddania; to trochę tak, jak gdyby duch jakiś staną ł przy mnie. Przybierz zł oś liwą minkę, Jane, tak jak to ty umiesz; zdobą dź się na taki przekorny, wyzywają cy uś mieszek; powiedz, ż e mnie nie cierpisz, draż nij mnie, dokuczaj, ró b, co chcesz, tylko mnie nie wzruszaj; wolał bym, byś mnie rozgniewał a, niż nastrajał a smutnie.

- Bę dę pana draż nił a, bę dę panu dokuczał a do syta, niech tylko dokoń czę swego opowiadania; ale proszę mnie wysł uchać do koń ca.

- Myś lał em, ż eś mi już wszystko opowiedział a. Myś lał em, ż e ź ró dł em twej melancholii był sen.

Potrzą snę ł am gł ową.

- Jak to? Jest tam coś wię cej?

Ale ja nie uwierzę, ż eby to był o coś waż nego. Z gó ry przestrzegam cię, ż e bę dę niedowiarkiem. Mó w dalej.

Zaniepokojona jego mina, trochę lę kliwa niecierpliwoś ć tonu dziwił y mnie; mimo to mó wił am dalej:

- Ś nił o mi się potem, ż e Thornfield Hall był o straszną ruiną, schroniskiem nietoperzy i só w. Ś nił o mi się, ż e z cał ego okazał ego frontu pozostał tylko cienki mur, bardzo wysoki i wyglą dają cy bardzo krucho.

Bł ą dził am w noc księ ż ycową po zarosł ym trawą wnę trzu; tu potykał am się o marmurowy kominek, tam o odł amek spadł ego gzymsu. Owinię ta w szal, wcią ż niosł am to nieznane mał e dziecko; nie mogł am go nigdzie poł oż yć, choć bolał y mnie ramiona i chociaż cię ż ar jego opó ź niał moje kroki, musiał am je piastować. W odległ oś ci, na drodze usł yszał am galop konia; był am pewna, ż e to pan, a pan wyjeż dż ał na wiele lat i do dalekiego kraju. Wdrapywał am się na cienki mur z szalonym, niebezpiecznym poś piechem, pragną c ze szczytu jeszcze dojrzeć pana na chwilę. Kamienie usuwał y się spod moich nó g, gał ę zie bluszczu, któ rych się chwytał am, urywał y się, dziecko w przeraż eniu ś ciskał o mnie za szyję i prawie mnie dusił o; na koniec wydostał am się na szczyt.

Ujrzał am pana jak plamkę na biał ej linii drogi, plamkę coraz mniejszą i mniejszą. Wiatr wiał tak silny, ż e nie mogł am ustać, usiadł am na wą skim murze, uspokajał am na kolanach przestraszone dziecko; postać pana mignę ł a na zakrę cie drogi; pochylił am się naprzó d, ż eby ostatni raz pana zobaczyć; mur zaczą ł się kruszyć; dziecko zsunę ł o mi się z kolan, stracił am ró wnowagę, spadł am i obudził am się.

- No, teraz, Jane, to już chyba koniec.

- Koniec wstę pu, proszę pana; opowiadanie dopiero przyjdzie.

Przy przebudzeniu bł ysk ś wiatł a olś nił mi oczy. Pomyś lał am: „O, to już dzień! ” Omylił am się jednak, był o to tylko ś wiatł o ś wiecy. Przypuszczał am, ż e to Sophie weszł a. Na toaletce stał a ś wieca, a drzwi szafy, w któ rej przed pó jś ciem spać powiesił am ś lubną suknię i welon, był y otwarte. Usł yszał am tam szeledst i zapytał am: „Co tam Sophie robi? ” Nikt mi nie odpowiedział; ale jakaś postać wysunę ł a się zza szafy, wzię ł a ś wiecę, podniosł a ją do gó ry i oglą dał a suknię wiszą cą na wieszadle.

„Sophie! Sophie! ” zawoł ał am znowu i znowu zaległ o milczenie.

Siadł am na ł ó ż ku, pochylił am się naprzó d; najpierw ogarnę ł o mnie zdziwienie, potem oszoł omienie, a w koń cu mró z przeszedł mi po koś ciach. Panie Rochester, to nie był a Sophie, to nie był a Lea ani pani Fairfax; to nie był a - nie, był am tego i jestem dotą d pewna - to nie był a nawet ta dziwna kobieta, Gracja Poole!

- Musiał a to być jedna z nich - przerwał mó j pan.

- Nie, proszę pana, uroczyś cie pana zapewniam, ż e nie. Postaci, któ ra teraz stał a przede mną, nigdy dotą d nie widział am w obrę bie Thornfield Hall; jej wzrost i zarys, wszystko to był o nowe dla mnie.

- Opisz ją, Jane.

- Był a to kobieta wysoka i tę ga, z dł ugimi, gę stymi, ciemnymi wł osami, zwieszają cymi się jej na plecy. Nie wiem, jakie ubranie miał a na sobie; był o to coś biał ego i prostego, ale czy to był a suknia, prześ cieradł o czy koszula, nie wiem.

- Czy widział aś jej twarz?

- Z począ tku nie. Ale po chwili wzię ł a mó j welon z miejsca, gdzie wisiał, podniosł a go w gó rę, patrzył a na niego dł ugo, a potem zarzucił a go sobie na gł owę i obró cił a się do zwierciadł a. W tej chwili zobaczył am odbicie jej twarzy i jej rysó w zupeł nie dokł adnie w ciemnym podł uż nym zwierciadle!

- Jakież one był y?

- Straszne i widmowe. O panie, ja nigdy nie widział am podobnej twarzy! Był a to twarz bez koloru... był a to twarz dzika.

Pragnę ł abym zapomnieć o tych toczą cych się bł ę dnie, zaczerwienionych oczach, o tej okropnej sinej obrzmiał oś ci rysó w!

- Duchy zazwyczaj bywają blade.

- Ten był fioletowy; usta miał nabrzmiał e i ciemne; czoł o zmarszczkami poryte; czarne brwi wysoko podniesione ponad krwią nabiegł ymi oczami. Czy mam panu powiedzieć, kogo przypomniał a mi ta twarz?

- Powiedz.

- Diabelskie widmo... upiora.

- Ach!... I có ż ona zrobił a?

- Zdję ł a mó j welon ze swej strasznej gł owy, rozdarł a go na dwie poł owy i rzuciwszy go na ziemię deptał a po nim.

- A potem?

- Odsunę ł a zasł onę okna i wyjrzał a; moż e zobaczył a, ż e ś wit już bliski, gdyż, wzią wszy ś wiecę, cofnę ł a się ku drzwiom.

Tu przy moim ł ó ż ku postać ta stanę ł a; ogniste oczy wpatrzył y się we mnie, przybliż ył a ś wiecę tuż do mojej twarzy i zdmuchnę ł a ją przed moimi oczyma. Czuł am, ż e ohydna jej twarz pochyla się nad moją, i stracił em przytomnoś ć; po raz drugi w moim ż yciu, tylko po raz drugi, stracił am przytomnoś ć z przeraż enia.

- Kto był przy tobie, gdy odzyskał aś zmysł y?

- Nikt, proszę pana, tylko jasny dzień. Wstał am, oblał am zimną wodą gł owę i twarz, napił am się zimnej wody; czuł am, ż e jakkolwiek osł abiona, nie jestem chora, i postanowił am, ż e nikomu nie powiem o tym zjawisku, tylko panu jednemu. A teraz proszę, niech mi pan powie, kto jest ta kobieta.

- To twó r nadmiernie podnieconego mó zgu, bą dź pewna.

Bę dę się musiał starannie opiekować tobą, mó j skarbie; nerwy takie jak twoje nie znoszą szorstkiego dotknię cia.

- Proszę mi wierzyć, moje nerwy tu nie zawinił y; to był o coś realnego; ten fakt istotnie się wydarzył.

- A twoje poprzednie sny czy takż e był y realne? Czy Thornfield Hall jest ruiną? Czy rozł ą czają nas niezwycię ż one przeszkody? Czy opuszczam ciebie bez ł zy, bez pocał unku, bez sł owa?

- Dotychczas jeszcze nie.

- Czy zamierzam to uczynić?

Ale już zaczą ł się dzień, któ ry nierozerwalnie ma nas zwią zać; a gdy raz bę dziemy zł ą czeni, nie powtó rzą się te imaginacyjne strachy, na to ci daję sł owo.

- Imaginacyjne strachy!

Pragnę ł abym uwierzyć, ż e to tylko to, pragnę ł abym tego wię cej teraz niż kiedykolwiek, skoro nawet pan nie moż e mi wyjaś nić tajemnicy tego okropnego goś cia.

- A skoro ja tego uczynić nie mogę, Jane, wię c nie mogł a to być realna istota.

- Ależ gdy powiedział am sobie to samo, wstawszy dziś rano, i gdy rozejrzał am się po pokoju, czerpią c odwagę i pociechę z mił ego wyglą du znajomych rzeczy w peł nym ś wietle dnia, ujrzał am na podł odze to, co wyraź nie zadał o kł am mojemu przypuszczeniu, ujrzał am welon rozdarty na dwie poł owy!

Czuł am, ż e pan Rochester drgną ł i zatrzą sł się; szybko chwycił mnie w obję cia.

- Bogu niech bę dą dzię ki - zawoł ał - ż e jeż eli coś zł oś liwego zbliż ył o się do ciebie wczorajszej nocy, welon tylko na tym ucierpiał. Och, gdy pomyś lę, co mogł o się był o zdarzyć!

Oddychał szybko i tak silnie przyciskał mnie do piersi, ż e tchu prawie nie mogł am zł apać.

Po paru minutach milczenia mó wił dalej, już pogodnie:

- Ja ci to wszystko wytł umaczę. To był pó ł sen, pó ł jawa. Pewna kobieta, nie wą tpię o tym, weszł a do twojego pokoju; a tą kobietą był a - musiał a być - Gracja Poole. Ty sama nazywasz ją dziwną istotą; po tym wszystkim, co o niej wiesz, masz prawo tak ją nazywać. Co ona zrobił a mnie? Co zrobił a Masonowi? W stanie takiego pó ł snu_pó ł jawy zauważ ył aś jej wejś cie i jej czynnoś ci. Ale tak jak był aś rozgorą czkowana, prawie w malignie, przypisał aś jej wyglą d diabelskiej zjawy, ró ż ny od jej prawdziwego wyglą du. Dł ugie, rozczochrane wł osy, obrzę kł a sina twarz, przesadnie wielki wzrost to był a zł uda wyobraź ni, to był wynik nocnej zmory; zł oś liwe podarcie welonu jest prawdą i to do niej podobne.

Pojmuję, ż e chciał abyś mnie zapytać, dlaczego taką kobietę trzymam w moim domu. W rok po naszym ś lubie powiem ci to, ale nie teraz. Czy jesteś zadowolona, Jane? Czy zgadzasz się na to moje wyjaś nienie tajemnicy?

Zastanowił am się i rzeczywiś cie wydał o mi się ono jedynie moż liwe. Zadowolić mnie ono nie mogł o, ale chcą c zrobić przyjemnoś ć mojemu panu, udał am, ż e tak. Ulgę mi to jednakż e przyniosł o; toteż odpowiedział am mu zdecydowanym uś miechem. A ponieważ dawno już minę ł a pierwsza, zaczę ł am się zabierać do odejś cia.

- Czy Sophie ś pi z Adelką w dziecinnym pokoju? - zapytał, gdy zapalał am ś wiecę.

- Tak.

- A w ł ó ż eczku Adelki znajdzie się doś ć miejsca dla ciebie.

Musisz się dzisiaj przespać z nią razem, Jane; nie dziw, ż e cię zdenerwował wypadek, o któ rym mi opowiedział aś, toteż wolał bym, ż ebyś nie spał a dziś sama. Przyrzeknij mi, ż e pó jdziesz do dziecinnego pokoju.

- Uczynię to z najwię kszą chę cią, proszę pana.

- I zamknij drzwi bezpiecznie od ś rodka. Obudź Sophie, gdy pó jdziesz na gó rę, pod pozorem, ż e chcesz ją prosić, by cię jutro wcześ nie obudził a, gdyż musisz być ubrana i zjeś ć ś niadanie przed ó smą. A teraz już ż adnych ponurych myś li... odpę dź smutki i troski, Ż anetko! Czy sł yszysz, jak wiatr przycichł, jak ł agodnie szemrze? I deszcz już nie bije w szyby. Spó jrz - rzekł podnoszą c storę - jaka pię kna noc.

I tak też był o. Poł owa nieba był a zupeł nie czysta: chmury, skupiają c się teraz przed wiatrem, któ ry zmienił się na zachodni, pomykał y ku wschodowi w dł ugich, osrebrzonych zwał ach.

Spokojnie ś wiecił księ ż yc.

- No i có ż - powiedział pan Rochester, patrzą c mi w oczy pytają cym spojrzeniem. - Jakż e się teraz czuje moja Ż anetka?

- Noc jest pogodna i ja ró wnież.

- I nie bę dziesz dziś ś nił a o rozł ą czeniu i zgryzotach, ale o szczę ś ciu w mił oś ci i radosnym poł ą czeniu!

Ta przepowiednia do poł owy się tylko ziś cił a; nie ś nił am istotnie o smutkach, ale też nie o radoś ci; gdyż w ogó le nie spał am tej nocy. Z mał ą Adelką w obję ciach, ś ledził am sen dziecka - taki spokojny, beznamię tny, niewinny - i czekał am, czy rychł o dzień nadejdzie.

Trzeź wa, z pobudzonym w sobie ż yciem, skoro tylko sł oń ce wstał o, wstał am i ja. Pamię tam, ż e Adelka tulił a się do mnie, gdy ją opuszczał am; pamię tam, ż e ucał ował am ją, zdejmują c jej rą czki z mej szyi, i pł akał am nad nią z dziwnym wzruszeniem, i uciekł am lę kają c się, by moje ł kanie nie przerwał o jej zdrowego spoczynku. Wydał a mi się symbolem minionego ż ycia, a ten, na któ rego spotkanie miał am się teraz przystroić, ten budzą cy we mnie lę k, lecz uwielbiony czł owiek, uosabiał dla mnie nie znaną mi przyszł oś ć.



  

© helpiks.su При использовании или копировании материалов прямая ссылка на сайт обязательна.