Хелпикс

Главная

Контакты

Случайная статья





Rozdział 2



Nastę pne trzy lata był y jednym z najbardziej ekscytują cych okresó w mojego ż ycia, ż ycia nas dwojga. Gdy ją obserwował em i nagrywał em, Shara przekształ cał a się z potencjalnie wielkiej tancerki w kogoś naprawdę godnego uwielbienia. Robił a coś, czego chyba nie potrafię wyjaś nić.

Stał a się tanecznym odpowiednikiem jazzmana.

Taniec był dla Shary samookreś leniem - czystym i prostym, pierwszym i ostatnim, na zawsze. Gdy już raz uwolnił a się od pragnienia dopasowania się do ś wiata tań ca zespoł owego, zaczę ł a uważ ać choreografię za przeszkodę w dą ż eniu do tego samookreś lenia - za z gó ry zaprogramowaną koleinę, nieubł aganą jak scenariusz, za ograniczenie swobody. A wię c przekreś lił a ją.

Jazzman moż e grać na trą bce “Noc w Tunisie" przez dwanaś cie kolejnych wieczoró w i za każ dym razem bę dzie to inne doś wiadczenie, ponieważ interpretuje on i przeinterpretowuje melodie zależ nie od nastroju, jaki ma w danym momencie. Cał kowita jednoś ć artysty i jego sztuki - spontaniczne tworzenie. Melodyczny punkt wyjś ciowy odró ż nia rezultat od zwykł ej anarchii.

W ten wł aś nie sposó b Shara sprowadzał a przygotowywaną przed wystę pem choreografię do szkieletu, na któ rym moż na był o budować to, czego wymagał a dana chwila, a potem snuł a na nim swoją improwizacje. Przez te trzy peł ne pracy lata nauczył a się burzyć barierę, stoją cą miedzy nią a jej tań cem. Tancerze zawsze mieli skł onnoś ć do wyszydzania tań ca improwizowanego, nawet gdy uprawiali go w studio. Powodem tego był a swoboda, jaką dawał taki taniec. Nie zdawali sobie sprawy, iż improwizacja planowana, improwizacja na z gó ry zadany, przemyś lany wcześ niej temat jest w tań cu naturalnym krokiem naprzó d. Shara zrobił a ten krok. Trzeba być bardzo, ale to bardzo dobrym, ż eby zerwać z klasyczną choreografią. Ona był a wystarczają co dobra.

Nie ma teraz sensu wyliczanie sukcesó w, jakie przez te trzy lata odnosił o przedsię biorstwo Drumstead. Pracowaliś my w pocie czoł a, nagraliś my kilka ś wietnych taś m, ale nie mogliś my ich przecież sprzedawać po cenie papieru. Rozwijał się za to przemysł wideokaset domowego uż ytku - a oni tyle wiedzieli o tań cu nowoczesnym, ile dawny przemysł fonograficzny, stawiają c swoje pierwsze kroki, wiedział o bluesie. Duż e towarzystwa nagraniowe wymagał y rekomendacji, a mniejsze - taniego talentu. W koń cu, doprowadzeni do rozpaczy, spró bowaliś my z wytwó rniami niezależ nymi - i dowiedzieliś my się tego, o czym już wiedzieliś my. Nie prowadzili dystrybucji, nie mieli takiego prestiż u ani nie dysponowali takim zapleczem technicznym, by zwró cić na siebie uwagę krytykó w. “Spider" John Koerner jest nadzwyczaj utalentowanym muzykiem i kompozytorem, któ ry od 1972 roku sam produkuje i sprzedaje wł asne nagrania. Ilu z was kiedykolwiek o nim sł yszał o?

W maju 1992 roku otworzył em swoją skrytkę pocztową i znalazł em w niej pismo z VisuEnt, Inc., któ re informował o, ż e z najgł ę bszym ż alem i bez ekwiwalentu w gotó wce kł adzie kres naszej opcji. Poszedł em prosto do apartamentu Shary. To był a bardzo dł uga droga.

Gdy tam wszedł em, pracował a nad utworem “Cię ż ar to tylko sł owo". Przekształ cenie jej wielkiego living roomu w studio kosztował o nas wiele czasu, energii, krę cenia gł ową oraz sutą ł apó wkę wrę czoną wł aś cicielowi domu, ale i tak, zważ ywszy dekoracje jakich potrzebowaliś my, wyniosł o to mniej, niż wynajmowanie studia na godziny. Tego dnia pokó j wyglą dał jak wysokogó rska kraina i wchodzą c, powiesił em kapelusz na gał ę zi sztucznej olchy.

Posł ał a mi uś miech i tań czył a dalej, coraz bardziej wydł uż ają c skoki. Wyglą dał a jak najpię kniejsza gó rska kozica. Był em w podł ym nastroju i miał em chę ć wył ą czyć muzykę (McLeughlin i Miles Davis grają cy w duecie i trochę się wzajemnie zagł uszają cy), ale nigdy nie potrafił bym przerwać Sharze, gdy tań czył a. Rozbudowywał a taniec stopniowo, z wyraź nie okreś lonym kontrapunktem, aż w koń cu zdawał a się podrywać w powietrze i zawisać tam na zaskakują co dł ugą chwilę, by potem rzucać się znowu w dó ł. Czasami, uderzywszy o podł ogę, toczył a się po niej, a czasami lą dował a na rę kach i energia upadku, zamiast zostać zaabsorbowana, zawsze był a przetwarzana w jakiś nowy ruch. Wkł adał a w ten taniec cał ą swoją energie i zanim skoń czył a, ochł oną ł em na tyle, aby niemal filozoficznie podejś ć do naszej ruiny zawodowej.

Koń czył a, zapadają c się w siebie, z pochyloną gł ową, znakomicie przekonywają ca w swym dą ż eniu do przeciwstawienia się grawitacji. Nie mogł em się powstrzymać od nagrodzenia jej oklaskami. Czuł em się staroś wiecko, ale nie potrafił em się opanować.

 - Dzię kuje, Charlie.

 - Niech mnie diabli, cię ż ar, to faktycznie tylko sł owo. Myś lał em, ż e zwariował aś, gdy usł yszał em od ciebie ten tytuł.

 - To jedno z najbardziej znaczą cych sł ó w w tań cu - chyba najbardziej znaczą ce - i moż na je zmusić do wszystkiego.

 - Prawie wszystkiego.

 - Co?

 - VisuEnt zwró cił nam nasz kontrakt.

 - Och! - Nic nie pojawił o się w jej oczach, ale wiedział em, co się kryje za nimi. - No trudno, kto jest nastę pny na liś cie?

 - To już koniec listy.

 - Och. - Tym razem się pojawił o. - Och.

 - Powinniś my o tym pamię tać. Wielcy artyś ci nigdy nie stają się sł awni za ż ycia. Powinniś my uderzyć w kalendarz; wtedy by nas zauważ ono.

Tak jak umiał em, starał em się grać przed nią silnego czł owieka. Dostrzegał a to i ró wnież starał a się zagrać te role - wobec mnie.

 - Moż e powinniś my zają ć się ubezpieczeniami artystó w na okolicznoś ć ś mierci - powiedział a. - Wypł acamy klientowi premie za prawo dysponowania jego mają tkiem po ś mierci i gwarantujemy mu, ż e umrze.

 - Moż emy stracić, bo jeż eli stanie się sł awny za ż ycia, bę dzie mó gł się wykupić.

 - Straszne. Przestań my, zanim zaś mieje się na ś mierć.

 - Tak.

Milczał a przez dł uż szy czas. Mó j mó zg pracował wydajnie, ale chyba nawalił w nim sprzę g informacyjny, bo z jego wysił ku nic nie wynikał o. W koń cu wstał a i wył ą czył a magnetofon, któ ry od momentu kiedy skoń czył a się taś ma poję kiwał cichutko. Trzasną ł gł oś no.

 - Norrey ma jaką ś ziemie na Wyspie Księ cia Edwarda - powiedział a nie patrzą c mi w oczy. - Jest tam i dom.

Starał em się odwieś ć ją od tego pomysł u puentą starego dowcipu o dziecku, któ ry w cyrku podkopywał o klatkę sł onia. Ojciec, widzą c to, zaproponował szczeniakowi, ż e zabierze go z powrotem do domu i wymyś li mu jakieś sensowne zaję cie. - A dzieciak: “Co? I zostawić taki interes? "

 - Chromole show business - powiedział a cicho. - Jeś li wyjadę teraz na Wyspę Księ cia Edwarda, moż e zdą ż ę, jeszcze przygotować i obsiać ziemie pod ogró d. - Wyraz jej twarzy zmienił się. - A co z tobą?

 - Ze mną? O mnie się nie martw. TDT prosił o mnie, ż ebym wró cił.

 - To był o sześ ć miesię cy temu.

 - Znowu się do mnie zwró cili. W zeszł ym tygodniu.

 - A ty powiedział eś “nie" Moronowi.

 - Być moż e, być moż e.

 - To wszystko był o tylko stratą czasu. Tyle czasu. Tyle energii. Tyle pracy. Ró wnie dobrze mogł abym uprawiać ziemie na wyspie - teraz zbierał abym już obfite plony. Co za strata, Charlie, co za idiotyczna strata.

 - A ja tak nie myś lę, Sharo. Ł atwo powiedzieć “nic nie jest stracone", ale... no có ż, to jest jak z tym tań cem, któ ry przed chwilą wykonywał aś. Moż e nie da się pokonać grawitacji - ale na pewno pię kną rzeczą jest pró bować.

 - Tak, wiem. Przypomnij sobie szarż e Lekkiej Brygady. Przypomnij sobie Alamo. Oni też pró bowali roześ miał a się gorzko.

 - Wł aś nie. Pró bował ró wnież Jezus z Nazaretu. Czy robił aś to dla korzyś ci materialnych, czy dlatego, ż e czuł aś taką potrzebę? Mamy co najmniej kilka tysię cy metró w taś my z zarejestrowanym ś wietnym tań cem. Wartoś ć komercjalna - zero, wartoś ć realna - niewymierna i wedł ug mnie to nie jest strata. Teraz już z tym koniec i oboje pó jdziemy wł asnymi drogami, ale to nie był a strata - uś wiadomił em sobie, ż e krzyczę i urwał em.

Zamknę ł a usta. Po chwili spró bował a się uś miechną ć.

 - Masz rację, Charlie. To nie był a strata. Jestem teraz lepszą tancerką niż kiedykolwiek.

 - O, wł aś nie. Uwolnił aś się od choreografii.

Uś miechnę ł a się ze smutkiem.

 - Tak. Nawet Norrey uważ a, ż e to ś lepa uliczka.

 - To nie jest ś lepa uliczka. To jest bardziej zbliż one do poezji niż haiku i sonety. Tancerze nie muszą być robotami, któ re poruszają się po z gó ry zaprogramowanych i zapamię tanych liniach i wykonują zaprogramowane i zapamię tane ruchy.

 - Muszą, jeż eli chcą zarobić na ż ycie.

 - Za kilka lat spró bujemy znowu. Moż e wtedy bę dą już gotowi.

 - Na pewno. Pozwó l, ż e przygotuje drinki.

Tej nocy spał em z nią po raz pierwszy i ostami. Rano, gdy się pakował a, rozebrał em dekoracje w living roomie. Obiecał em napisać. Obiecał em, ż e kiedy tylko bę dę mó gł, odwiedzę ją. Zniosł em jej walizki na dó ł i upchał em je w bagaż niku samochodu. Pocał ował em ją i pomachał em na do widzenia. Poszedł em na drinka i o czwartej rano nastę pnego dnia jakiś bandzior ocenił, ż e wyglą dam na dostatecznie zalanego, wię c zł amał em mu szczę kę, nos i dwa ż ebra, a potem usiadł em nad nim i pł akał em. W poniedział ek rano pojawił em się w studiu z kapeluszem w rę ku, bagnem w gę bie i powoli wcią gną ł em się w moje dawne obowią zki. Norrey o nic mnie nie pytał a, Z uwagi na podwyż kę cen ż ywnoś ci zrezygnował em z przyjmowania wszelkich pokarmó w pró cz whisky i po sześ ciu miesią cach znalazł em się na bruku. Taki tryb ż ycia prowadził em przez dł uż szy czas.

Nigdy do niej nie napisał em. Grzę zł em zawsze po napisaniu sł ó w “Droga Sharo... ".

Gdy doszedł em do takiego stanu, ż e zaczą ł em się poważ nie zastanawiać nad wymianą mego sprzę tu wideo na alkohol, gdzieś w gł owie przeskoczył mi jakiś przekaź nik. Zrobił em rachunek sumienia. Te graty był y cał ym moim ż yciem, któ re porzucił em. Zamiast do lombardu udał em się do najbliż szej poradni przeciwalkoholowej i po raz pierwszy od wielu miesię cy wytrzeź wiał em. Po jakimś czasie moja skoł atana dusza przestał a protestować i po przebudzeniu nie dygotał em już na cał ym ciele. Sto razy zaczynał em wycierać z kurzu taś my Shary, któ re wcią ż miał em - ona zatrzymał a sobie kopie - ale coś się we mnie buntował o i nigdy nie doprowadził em tej pracy do koń ca. Czasami zastanawiał em się, jak jej się wiedzie i nie mogł em pogodzić się z myś lą, ż e nic o niej nie wiem. Norrey, gdyby nawet coś wiedział a, nie powiedział aby mi ani sł owa. Pró bował a nawet po raz trzeci zał atwić mi prace, któ rą stracił em, ale to był o beznadziejne. Reputacja moż e być straszną rzeczą, gdy już raz się ją sobie schrzani. I tak miał em szczę ś cie, ż e wylą dował em w koń cu w edukacyjnej stacji telewizyjnej w New Brunswick. To był y dł ugie dwa lata.

***

W1995 roku zał oż ono mi wideofon, a ja z miejsca przerobił em go po swojemu bez wiedzy i bez zgody towarzystwa telefonicznego, któ re w dalszym cią gu nienawidził em ponad wszystko. Gdy pewnego czerwcowego wieczora orzechowa lampka, któ rą zastą pił em ten przeklę ty dzwonek, zaczę ł a rozś wietlać się ł agodnym blaskiem i gasną ć, poł oż ył em sł uchawkę na przystawce gł oś nomó wią cej i wł ą czył em lampę obrazową na wypadek, gdyby dzwonią cy też był w nią wyposaż ony.

 - Halo?

Miał a wideofon. Gdy na ekranie pojawił a się twarz Shary, poczuł em w ż oł ą dku zimny skurcz przeraż enia, bo już nie widział em wszę dzie jej twarzy od chwili gdy przestał em pić, a przed chwilą pomyś lał em wł aś nie, ż eby strzelić sobie jednego. Kiedy przetarł em oczy, nadal tam był a. Poczuł em się trochę lepiej i uczynił em wysił ek, ż eby się odezwać. Nie wyszł o.

 - Cześ ć, Charlie. Dawno się nie widzieliś my.

Za drugim razem wyszł o.

 - Wydaje się, jakby to był o wczoraj. Wczoraj jakiegoś innego czł owieka.

 - Tak, masz rację. Szukał am cię ł adnych parę dni. Norrey jest w Paryż u, a nikt inny nie wie, co się z tobą dzieje.

 - Tak. Jak ci leci uprawa ziemi?

 - Ja... dał am temu spokó j, Charlie. To moż e nawet bardziej twó rcze niż taniec, ale jednak nie to samo.

 - Co zatem porabiasz?

 - Pracuję.

 - Tań czysz?

 - Tak, Charlie i potrzebuje ciebie. To znaczy, mam dla ciebie pracę. Potrzebne mi twoje kamery i twoje oko.

 - O kwalifikacje się nie martw. Poradzę sobie ze wszystkim. Gdzie jesteś? Kiedy odlatuje tam najbliż szy samolot? Któ re kamery zapakować?

 - W Nowym Jorku, za godzinę, nie bierz ż adnej. Nie to miał am na myś li mó wią c o “twoich kamerach" - chyba ż e ostatnio uż ywasz GLX - 5000 S albo Hamilton Board.

Gwizdną ł em. Zabolał y mnie usta.

 - Nie na moją kieszeń. Poza tym, jestem konserwatystą - lubię je trzymać w rę kach.

 - Przy tej pracy bę dziesz uż ywał Hamiltona i bę dzie to dwudziestowejś ciowy Masterchrome prosto z fabryki.

 - Hodował aś na tej farmie makó wki? A moż e wyorał aś glebogryzarką diamenty?

 - Bę dziesz opł acany przez Bryce Carringtona.

Zamrugał em powiekami.

 - No wię c jak? Zł apiesz ten samolot, ż ebym mogł a ci o wszystkim opowiedzieć? Hotel “New Agę ". Pytaj o Apartament Prezydencki.

 - Do diabł a z samolotem, pó jdę pieszo. Bę dzie szybciej. - Odwiesił em sł uchawkę.

Jeż eli wierzyć informacjom z magazynu “Time" leż ą cego w poczekalni mojego dentysty Bryce Carrington był geniuszem, któ ry został multimiliarderem dzię ki temu, ż e przekonał licznych gigantó w przemysł u do sfinansowania wielkiego kompleksu orbitalnego “Skyfac". Rozł oż ył nim na ł opatki rynek kryształ ó w przemysł owych, a przy okazji jeszcze od groma innych rynkó w. Jak sobie teraz przypominał em, jakaś poliopodobna choroba odję ł a mu wł adze w nogach i przykuł a do fotela na kó ł kach. Ale nogi utracił y tylko swoją sił ę, nie zaś moż noś ć funkcjonowania - w zmniejszonym cią ż eniu sprawował y się doś ć dobrze. Stworzył wię c “Skyfac", zał oż ył kopalnie na Księ ż ycu, by zaopatrywał y te orbitalną fabrykę w tanie surowce i wię kszoś ć czasu spę dzał na orbicie w zmniejszonym cią ż eniu. Na zdję ciu prezentował się jak w miarę poczytny autor (jako przeciwień stwo pisarza). Nic ponadto o nim nie wiedział em. Niewiele uwagi zwracał em na wszelkiego rodzaju plotki, a już wcale na plotki kosmiczne.

Nowojorski “New Agę " był najbardziej szykownym hotelem, wzniesionym na ruinach “Sheratona". Ultrasprawna ochrona, kuloodporne szyby w oknach, chyba pó ł metrowej gruboś ci dywany oraz hol w stylu architektonicznym, któ ry John D. MacDonald nazwał kiedyś “Wczesną sztuczną szczę ką ". Cuchną ł forsą na kilometr. Cieszył em się, ż e zadał em sobie trud wł oż enia krawata i ż ał ował em, ż e nie wyglansował em butó w. Gdy wchodził em frontowymi drzwiami, zagrodził mi drogę nieprawdopodobny facet. Poruszał się i był zbudowany jak najtwardszy, najszybszy wykidajł o, jakiego w ż yciu widział em, a przy tym był ubrany i zachowywał się jak lokaj Pana Boga. Przedstawił mi się jako Perry i spytał, czy moż e mi w czymś pomó c takim tonem, jak gdyby wcale nie miał zamiaru tego robić.

 - Tak, Perry. Czy nie mó gł byś unieś ć jednej nogi?

 - Po co?

 - Zał oż ę się o dwadzieś cia dolaró w, ż e masz wypucowane podeszwy. Uś miechną ł się pó ł gę bkiem i nie usuną ł z drogi na cal.

 - Pan do kogo?

 - Do Shary Drummond.

 - Taka osoba nie figuruje w rejestrze goś ci.

 - Apartament Prezydencki.

 - Ach - zaś witał o mu. - Pani Pana Carringtona. Trzeba był o od razu tak mó wić. Proszę tu poczekać. - Podczas gdy zezują c na mnie jednym okiem i trzymają c rę kę w pobliż u kieszeni telefonował na gó rę, ż eby się upewnić czy jestem oczekiwany, zdoł ał em przeł kną ć z powrotem serce, któ re przed chwilą podeszł o mi do gardł a i przefasonować nieco zaskoczoną twarz. A wię c tak się sprawy mają. No i co z tego. Jest jak jest.

Perry wró cił i dał mi mał y nadajniczek z przyciskiem, któ ry miał mi umoż liwić podró ż korytarzami “New Agę " bez naraż enia się na przecię cie promieniem automatycznego lasera i wyjaś nił mi troskliwie, ż e ten przyrzą dzik wypali we mnie niemał ą dziurę, gdybym pró bował opuś cić budynek nie zwró ciwszy go uprzednio. Z jego manier zorientował em się, ż e wł aś nie przeskoczył em cztery szczeble drabiny społ ecznej. Podzię kował em mu, chociaż niech mnie diabli wezmą, jeś li wiem za co!

Szedł em, prowadzony przez zielone, fluoryzują ce strzał ki, któ re pojawiał y się na pozbawionym lamp suficie i po dł ugim, wywierają cym wraż enie spacerze dotarł em do Apartamentu Prezydenckiego. Shara oczekiwał a mnie w drzwiach w czymś podobnym do angielskiej piż amy. W tym stroju jej duż e ciał o wyglą dał o na filigranowe.

 - Cześ ć, Charlie.

Był em jowialny i serdeczny.

 - Cześ ć, mał a. Ale chata. Ile za nią bulisz?

 - Nie pł ace za nią.

 - No to ile Carrington pł aci tobie? - (Spokojnie chł opie).

 - Wejdź, Charlie.

Wszedł em. To wyglą dał o jak miejsce, w któ rym zatrzymywał a się kró lowa, bawią c w mieś cie i jestem przekonany, ż e się jej podobał o. W salonie moż na był o wylą dować samolotem, nie budzą c nikogo w sypialni. Stał y tam dwa pianina i tylko jeden kominek, ale za to takiej wielkoś ci, ż e swobodnie moż na był o w nim piec bawoł u na roż nie. Z aparatury kwadrofonicznej dochodził y dź wię ki muzyki Rogera Kellewaya i przez chwile myś lał em, ż e on naprawdę znajduje się w pokoju i gra na jakimś trzecim, niewidocznym pianinie. A wię c tak się sprawy mają.

 - Podać ci coś, Charlie?

 - No jasne. Hash Oil, Citrolli Supreme, a do fajki Dom Perignon.

Bez cienia uś miechu podeszł a do szafki, przypominają cej mikroskopijną katedrę i wyję ł a z niej dokł adnie to, co zamó wił em. Dalej grał em role zachwyconego i rozpromienionego. Ł askotał o mnie w gardle, a rumieniec był wprost znakomity. Czuł em, ż e się odprę ż am i kiedy podaliś my sobie kilka razy nargile, wyczuł em, ż e ona ró wnież się odprę ż a. Potem patrzyliś my na siebie - naprawdę patrzyliś my na siebie - potem rozglą daliś my się po otaczają cym nas pokoju, a potem znowu patrzyliś my na siebie. Jednocześ nie ryknę liś my ś miechem, ś miechem, któ ry wydmuchną ł z salonu cał y przepych i wpuś cił do niego bogactwo. Jej ś miech był tym samym urywanym, dź wię cznym, rezonują cym ś miechem, któ ry tak dobrze pamię tał em, ś miechem silnym, nieskrę powanym i bardzo mnie uspokoił. Był em tak rozluź niony, ż e nie mogł em przestać się ś miać, a to z kolei rozś mieszał o ją i w chwili, gdy wł aś nie mogliś my przestać, zaciskał a usta i parskał a znowu. Jest taka pł yta zatytuł owana “Rozś mieszają ce nagranie Spike'a Jonesa", na któ rej facet usił uje grać na tubie “Lot trzmiela", przerywa ze ś miechem, za nim idzie w rozsypkę cał a orkiestra i przez peł ne dwie minuty wszyscy rż ą jak konie, a za każ dym razem, kiedy brak im już tchu, ten z tubą podchodzi do nastę pnego pasaż u i znowu zanosi się ś miechem, za nim ryczy ze ś miechu cał a orkiestra. Kiedyś, gdy Shara był a smutna, zał oż ył em się z nią o dziesię ć dolaró w, ż e nie zdoł a wysł uchać tego nagrania przynajmniej nie zachichotawszy i wygrał em. Teraz kiedy zrozumiał em, ż e ona to naś laduje, zaniosł em się nowym ś miechem, a minutę pó ź niej osią gnę liś my takie stadium, ż e dosł ownie spadliś my ze ś miechu z krzeseł i wiliś my się po dywanie w agonii wesoł oś ci, bę bnią c sł abo pię ś ciami o podł ogę i wyją c. Przywoł uje czasami ten ś miech w pamię ci i przeż ywam go na nowo - ale nie robię tego zbyt czę sto, ponieważ takie momenty tracą drastycznie na wartoś ci przy czę stym ich odtwarzaniu.

W koń cu udał o nam się powró cić do zdyszanych uś miechó w i pomogł em jej wstać.

 - Co za idealnie koszmarne miejsce - powiedział em wcią ż chichoczą c.

Rozejrzał a się wokó ł i wzruszył a ramionami.

 - O Boż e, masz rację, Charlie. To musi być okropne, gdy potrzebuje się takiej fasady.

 - Wyobraź wię c sobie co czuł em, gdy pomyś lał em, ż e to ty jej potrzebujesz.

Spoważ niał a i spojrzał a mi w oczy.

 - Charlie, chciał abym mó c wypią ć się na to. Jednak jest mi to potrzebne.

Przymruż ył em oczy.

 - O czym mó wisz?

 - Potrzebuję Bryce'a Carringtona.

 - Tym razem moż esz targować się o warunki. Do czego jest ci potrzebny?

 - Potrzebuje jego pienię dzy.

Czy moż na się jednocześ nie odprę ż yć i napią ć?

 - Sharo, do cholery! To w ten sposó b zamierzasz utorować sobie drogę do tań ca? Chcesz kupić sobie wejś ció wkę? Na co zeszł a dzisiejsza krytyka!

 - Charlie, przestań. Potrzebuje Carringtona, po to, ż eby mnie zauważ ono. Zamierza wynają ć mi sale, to wszystko.

 - Jeś li to wszystko, to wyrywajmy natychmiast z tego bagna. Mogę pozy.... zorganizować sumę, któ ra wystarczy na wynaję cie dowolnej sali na ś wiecie i zgadzam się ryzykować wł asne pienią dze.

 - Czy moż esz zał atwić mi “Skyfac"?

 - Hę?

Za nic nie potrafił em sobie wyobrazić, dlaczego chciał a tam tań czyć. Czemu nie na Antarktydzie?

 - Sharo, wiesz o kosmosie jeszcze mniej ode mnie, ale musisz chyba zdawać sobie sprawę, ż e program telewizji satelitarnej nie musi być nadawany z satelity?

 - Idiota. Chodzi mi o tł o.

 - Wizualnie lepszy jest Księ ż yc. Gó ry. Oś wietlenie. Kontrast.

 - Aspekty wizualne odgrywają tutaj wtó rną role. Ja nie potrzebuje cią ż enia zredukowanego do jednej szó stej. Ja chce nieważ koś ci.

Otworzył em usta.

 - I chce, ż ebyś został moim wideooperatorem.

Boż e, ona był a wyją tkowa. Pozostawał o mi tylko usią ś ć z otwartymi ustami i pomyś leć przez parę minut. Pozwolił a mi na to, czekają c cierpliwie aż poukł adam sobie to wszystko w gł owie.

 - Charlie - powiedział a w koń cu - taniec zatrzymał się na zał oż eniu, ż e nie moż na pokonać grawitacji. Sam to powiedział eś. Dowiedz się wiec, ż e jest to bł ę dne zał oż enie, zał oż enie zdezaktualizowane. Taniec dwudziestego pierwszego wieku bę dzie musiał to uznać.

 - A wię c o to ci chodzi. Nowy rodzaj tań ca dla nowego rodzaju tancerki. Oryginalne. To przycią gnie uwagę, opinii publicznej i te dziedzinę sztuki bę dziesz miał a przez lata wył ą cznie dla siebie. To mi się podoba, Sharo. Podoba mi się. Ale czy dasz sobie radę?

 - Przemyś lał am sobie to, co kiedyś powiedział eś: nie moż na pokonać grawitacji, ale pię kną sprawą jest pró bować. Chodził o mi to po gł owie miesią cami i pewnego dnia był am z wizytą u są siada, któ ry miał telewizor. Nadawali akurat migawki z codziennych zaję ć zał ogi “Skyfac 2". Cał ą noc nie spał am i rozmyś lał am, a rano poleciał am do Stanó w i zgł osił am się do pracy na “Skyfac l". Przebywał am tam blisko rok, stają c się drugą po Carringtonie. Dam sobie radę, Charlie, potrafię, dopią ć swego - przez jej szczę kę przebiegł skurcz, któ ry widział em już wcześ niej - kiedy wygarnę ł a mi w “Le Maintenant". Był to skurcz determinacji.

Wcią ż był em naburmuszony.

 - Przy poparciu Carringtona.

Spuś cił a oczy.

 - Nie ma nic za darmo.

 - Jaka jest jego cena?

Nie odpowiadał a wystarczają co dł ugo, ż ebym sam sobie odpowiedział. I w tej chwili znowu, pierwszy raz od lat, zaczą ł em wierzyć w Boga... po to tylko, ż eby mó c Go nienawidzić.

Ale nie odezwał em się. Był a na tyle dorosł a, ż eby troszczyć się o swe finanse. Cena marzeń roś nie z każ dym rokiem. Do diabł a, przecież domyś lał em się tego już od chwili, gdy do mnie zadzwonił a.

Ale tylko się domyś lał em.

 - Charlie, nie siedź tak z buzią w ciup. Powiedz coś. Zeklnij mnie, nazwij kurwą, powiedz cokolwiek.

 - Bzdury. Sama bę dziesz swoim sumieniem; mam dosyć kł opotó w bę dą c wł asnym. Chcesz tań czyć, masz patrona. A teraz znalazł aś wideooperatora.

Tego ostatniego zdania wcale nie zamierzał em wypowiedzieć.

Dziwne, ale z począ tku zdawał o się, ż e jest nim zaskoczona. Potem jednak odprę ż ył a się i uś miechnę ł a.

 - Dzię kuje ci, Charlie. Czy moż esz wycofać się z tego, co teraz robisz?

 - Pracuję w stacji edukacyjnej w Shediac. Musiał em tam nawet krę cić trochę tań ca. Tań czą cego misia z londyń skiego zoo. To zdumiewają ce jak on dobrze tań czył. - Uś miechnę ł a się. - Tak, mogę zł oż yć wymó wienie.

 - Cieszę się. Nie wyobraż am sobie, jak mogł abym robić to bez ciebie.

 - Ale pracuję dla ciebie. Nie dla Carringtona.

 - W porzą dku.

 - A tak wł aś ciwie, to gdzie się podziewa ten wielki czł owiek? Nurkuje z akwalungiem w wannie?

 - Nie - rozległ się cichy gł os z korytarza. - Skakał em w holu ze spadochronem.

Jego fotel na kó ł kach był samojezdnym tronem. Carrington miał na sobie garnitur w kolorze lodó w truskawkowych, któ ry kosztował go z pię ć set dolaró w, ultramarynowy golf i zł oty kolczyk w jednym uchu. Buty był y z prawdziwej skó ry. Zegarek nosił najmodniejszy, taki bez paska, któ ry oznajmia gł osem, któ ra godzina. Był dla niej za niski i absurdalnie szeroki w barach, chociaż garnitur usił ował ze wszystkich sił zatuszować i jedno i drugie. Jego oczy przypominał y dwie bliź niacze, czarne jagody. Uś miechał się jak rekin nie mogą cy się zdecydować, któ ry kę s bę dzie mu najbardziej smakował. Miał em chę ć zmiaż dż yć mu gł owę miedzy dwoma otoczakami.

Shara już stał a.

 - Bryce, to Charles Armstead. Opowiadał am ci...

 - Ach tak. Ten facet od wideo. - Potoczył swó j wó zek do przodu i wycią gną ł do mnie nieskazitelnie wypielę gnowaną rę kę. - Jestem Bryce Carrington.

Pozostał em na swym krześ le z dł oń mi na kolanach.

 - Ach tak. Ten facet od miliardó w.

Jedna jego brew powę drował a w gó rę o wytworne ć wierć cala.

 - No nie, jeszcze jeden grubianin. Có ż, jeż eli jesteś tak dobry, jak utrzymuje Shara, wolno ci.

 - Jestem do niczego.

Uś miech speł zł z jego twarzy.

 - Zaprzestań my tej szermierki, Armstead. Nie spodziewam się dobrych manier u twó rcó w, ale jeś li muszę, potrafię wykrzesać z siebie wię cej pogardy do ś wiata niż ty. Teraz jestem zmę czony tą przeklę tą grawitacją, a poza tym miał em paskudny dzień, zeznają c w są dzie w sprawie przyjaciela. Wszystko wskazuje na to, ż e jutro ponownie zostanę wezwany do stawienia się na rozprawie. Przyjmujesz te prace, czy nie?

Tu mnie miał. Chciał em ją przyją ć.

 - Tak.

 - No to w porzą dku. Masz pokó j numer 2772. Lecimy na “Skyfac" za dwa dni. Bą dź tu o ó smej rano.

 - Charlie, muszę z tobą porozmawiać o tym, czego bę dziesz potrzebował - powiedział a Shara. - Zadzwoń do mnie jutro.

Odwró cił em się na pię cie, ż eby spojrzeć jej w oczy, ale umknę ł a ze wzrokiem. Carrington nic nie zauważ ył.

 - Tak, sporzą dź do jutra wieczó r wykaz swoich potrzeb, ż eby moż na to był o od razu zabrać na “Skyfac" - powiedział. - Nie ż ał uj sobie - jeś li o czymś zapomnisz, bę dziesz się musiał bez tego obyć. Dobranoc, Armstead.

Odwró cił em się do niego.

 - Dobranoc, panie Carrington. - (Ufff).

Potoczył się w kierunku nargili, a Shara poś pieszył a, by ponownie ją napeł nić. Odwró cił em się szybko i ruszył em ku drzwiom. Noga bolał a mnie tak bardzo, ż e po drodze niemal upadł em, ale zacisną ł em zę by i szedł em dalej. Gdy dotarł am do drzwi, powiedział em sobie w myś lach “teraz je otworzysz i grzecznie wyjdziesz" i nagle odwró cił em się.

 - Carrington!

Zamrugał oczyma zdziwiony odkryciem, ż e jeszcze istnieje.

 - Tak?

 - Czy do ciebie dociera, ż e ona wcale cię nie kocha? Czy cię to w ogó le w najmniejszym stopniu nie obchodzi? - gł os miał em piskliwy, a pię ś ci na pewno zaciś nię te.

 - Och - powiedział, a po chwili powtó rzył - Och. A wię c o to chodzi.

Nie są dził em, ż e sam sukces w ż yciu moż e wzbudzić w kimś tyle pogardy do ludzi. Odł oż ył fajkę i spló tł dł onie.

 - Pozwó l, ż e ci coś powiem, Armstead. O ile wiem, nikt mnie nigdy nie kochał. Ten apartament też mnie nie kocha. - Po raz pierwszy w jego gł osie pojawił y się ludzkie uczucia. - Ale jest mó j. Teraz wynoś się.

Otworzył em usta, ż eby mu powiedzieć, gdzie moż e sobie wsadzić swoją prace, ale wtedy zobaczył em twarz Shary i malują cy się na niej bó l sprawił nagle, ż e poczuł em wstyd za samego siebie. Wyszedł em od razu i gdy drzwi zamknę ł y się za mną, zwymiotował em na wytworny dywan niewiele tylko tań szy od kamery Hamilton Masterchrome. Wtedy poż ał ował em, ż e zał oż ył em krawat.

***

Droga do kosmodromu Pike's Peak był a chociaż estetycznie przyjemna. Lubię podró ż ować samolotem prześ lizgują cym się poś ró d nieruchomych chmur, obserwują c przesuwają cą się w dole procesje gó r, ró wnin, ogromnych ukł adanek pó l uprawnych i powikł anych mozaik rozległ ych przedmieś ć.

Ale przelot na “Skyfac" w prywatnym wahadł owcu Carringtona “Ten pierwszy krok" mó gł być ró wnie dobrze odtworzeniem, po raz nie wiadomo któ ry, ogranego filmu na temat Kosmicznego Patrolu. Wiedział em, ż e na statkach kosmicznych nie moż e być iluminatoró w - ale, do cholery, pokł adowy przekaź nik wideo ma rozdzielczoś ć, jakoś ć koloru i wyglą d wcale nie lepsze niż zwykł y, domowy telewizor. Jedyna ró ż nica polega na tym, ż e gwiazdy nie przesuwają się, ż eby stworzyć wraż enie ruchu i ż aden reż yser nie kieruje pracą kamer, by przekazać interesują ce z dramaturgicznego punktu widzenia uję cie.

Praktyczna ró ż nica polega z kolei na tym, ż e gdy oglą dasz “Kosmiczny Patrol", nikt nie sprzedaje ci ś rodkó w na hemoroidy, nie przypina pasami do fotela, nie grzmoci w ciebie piorunami, nie powoduje, ż e przez niewiarygodnie dł ugi czas waż ysz dobrze ponad pó ł megagrama, a potem wreszcie nie strą cają cię. z krawę dzi ś wiata w nieważ koś ć. Pł yny ustrojowe zaczę ł y mi się podnosić do gó rnej poł owy ciał a, w uszach mi szumiał o, z nosa ciekł o i “zarumienił em" się na kolor buraczkowy. Przygotował em się na mdł oś ci, ale to, co mnie spotkał o, był o jeszcze bardziej szokują ce - raptowny, nie spotykany dotą d zanik bó lu w nodze. Za to Sharę mdlił o za nas oboje i ledwo zdą ż ył a otworzyć swoją torebkę na wymioty. Carrington odpią ł się od fotela i wprawnie zaaplikował jej zastrzyk przeciwnudnoś ciowy. Zdawał o się, ż e upł ynę ł y wieki, zanim jej organizm zareagował, ale kiedy już do tego doszł o, nastą pił a niesł ychana zmiana - powró cił y jej rumień ce oraz sił a i do chwili, w któ rej pilot oznajmił, iż rozpoczynamy dokowanie, w zwią zku z czym prosi, ż eby wszyscy zapieli pasy oraz zamknę li się z ł aski swojej, cał kowicie doszł a do siebie. Był em niemal pewien, ż e Carrington obruga pilota za brak manier, ale magnat przemysł owy nie był tego rodzaju gł upcem. Zamkną ł się, jak mu kazano i zapią ł pasy.

Noga nie bolał a mnie ani trochę. Zupeł nie.

Kompleks “Skyfac" wyglą dał jak bezł adny stos rowerowych dę tek i najprzeró ż niejszych rozmiaró w pił ek plaż owych. Ta, na któ rą kierował się nasz pilot, przypominał a bardziej oponę traktora. Wykonaliś my zwrot, staliś my się jej osią i zró wnaliś my naszą prę dkoś ć z szybkoś cią jej wirowania, a ta cholerna konstrukcja wyrzucił a z siebie szprychę i trafił a nas prosto w ś luzę. Ś luza znajdował a się w suficie nad fotelami, ale weszliś my do niej i wyszliś my z niej nogami do przodu. Po przebyciu kilku jardó w w gł ą b szprychy kierunek, w któ rym się poruszaliś my stał się “doł em", a wystają ce ze ś cian uchwyty - drabiną. Cię ż ar naszych ciał wzrastał z każ dym krokiem, ale nawet wtedy, gdy znaleź liś my się w dosyć obszernym, sześ ciennym pomieszczeniu, był daleko mniejszy niż na Ziemi. Niemniej noga znowu zaczę ł a mnie ć mić.

Pomieszczenie to miał o być ekskluzywną salą recepcyjną (Zechce pan spoczą ć. Jego Wysokoś ć wkró tce pana przyjmie), ale mał e cią ż enie i rozwieszone wzdł uż dwó ch ś cian skafandry pró ż niowe psuł y mił y efekt. W odró ż nieniu od zbroi Kosmicznego Patrolu, prawdziwe skafandry kosmiczne przypominają wył ą cznie czł ekoształ tne worki, a szczegó lnie gł upio wyglą dają, gdy nie są uż ywane. Zza imponują co wyposaż onego biurka podnió sł się ciemnowł osy mł odzieniec w tweedowym garniturze.

 - Mił o mi pana powitać, Mr. Carrington. Mam nadzieje, ż e miał pan przyjemną podró ż.

 - Dzię kuje, Tom, ś wietną. Oczywiś cie pamię tasz Share. To jest Charles Armstead. Tom McGillicuddy. - Obaj wyszczerzyliś my zę by w uś miechu i zapewniliś my się nawzajem, jak szalenie mił o był o nam się poznać. Dostrzegł em, ż e pod maską uprzejmoś ci McGillicuddy jest czymś zdenerwowany.

 - Nills i pan Longmire czekają w pań skim biurze, sir. Znowu... znowu się pojawił o.

 - A niech to diabli - zaczą ł Carrington i urwał. Spojrzał em nań. Cał a moc mojego najlepszego sarkazmu nie potrafił a rozgniewać tego czł owieka. - W porzą dku. Zaopiekuj się moimi goś ć mi, a ja pó jdę wysł uchać, co Longmire ma mi do powiedzenia. - Skierował się do drzwi poruszają c się skokami, w zwolnionym tempie, jak pił ka plaż owa. Jednak o wł asnych sił ach. - Aha. Jeszcze jedno... “Krok" jest wył adowany po brzegi, Tom. Każ im podejś ć do lukó w towarowych. Niech wył adują cał y ten chł am do Szó stki. - oddalił się z zafrasowaną twarzą. McGillicuddy uruchomił swoje biurko i wydał niezbę dne rozkazy.

 - Co się dzieje, Tom? - spytał a Shara, gdy skoń czył.

Zanim odpowiedział, spojrzał na mnie.

 - Przepraszam, ż e pytam, panie Armstead, ale... czy nie jest pan z prasy?

 - Proszę mi mó wić Charlie. Nie, nie jestem. Jestem wideooperatorem, ale pracuję dla Shary.

 - Mmmm. No dobrze, i tak usł yszelibyś cie o tym wcześ niej czy pó ź niej. Mniej wię cej dwa tygodnie temu, w obrę bie orbity Neptuna, pojawił się jakiś obiekt. Po prostu pojawił się zniką d. Nastą pił y... pewne anomalie. Tkwił tam nieruchomo przez pó ł dnia, a potem znowu znikną ł. Dowó dztwo Sił Kosmicznych wpakował o sprawę gł ę boko do sejfó w, ale na pokł adzie “Skyfac" wszyscy ją znają.

 - I to coś znowu się pojawił o? - spytał a Shara.

 - Tuż za orbitą Saturna.

Ten incydent nie zainteresował mnie zbytnio. Zapewne istniał o jakieś rozsą dne wyjaś nienie tajemniczego zjawiska, ale ponieważ nie był o w pobliż u Isaaca Asimova, na pewno nic bym z tego nie zrozumiał. Kiedy projekt Ozma skoń czył się niepowodzeniem, wię kszoś ć z nas przestał a wierzyć w istnienie inteligentnego ż ycia we wszechś wiecie.

 - To chyba te mał e, zielone ludziki. Czy moż esz pokazać nam sale. konferencyjną, Tom? Są dzę, ż e jest bardzo podobna do tej, w któ rej bę dziemy pracowali.

Z zadowoleniem przyją ł zmianę, tematu.

 - Oczywiś cie.

McGillicuddy przeprowadził nas przez drzwi ciś nieniowe znajdują ce się naprzeciwko tych, za któ rymi znikną ł Carrington i powió dł dł ugimi korytarzami, któ rych podł ogi wyginał y się za i przed nami ku gó rze. Każ dy był inaczej wyposaż ony, każ dy roił się od zabieganych, zaaferowanych ludzi i każ dy przypominał mi w jakiś sposó b hol w “New Agę " lub moż e stary film pod tytuł em “Odyseja kosmiczna 2001". Wall Street przeniesiona ż ywcem na orbitę - nawet zegary wskazywał y czas z Wall Street. Usił ował em wyobrazić sobie, ż e niedaleko, w któ rą stronę spojrzeć znajduje się zimny, pusty kosmos, ale bez skutku. Doszedł em do wniosku, ż e to dobrze, iż statek kosmiczny nie miewa iluminatoró w - ktoś oswoiwszy się z mał ym cią ż eniem mó gł by się zapomnieć i otworzyć jeden z nich, ż eby wyrzucić cygaro.

Po drodze obserwował em McGillicuddy'ego. Był nieskazitelny pod każ dym wzglę dem, od wę zł a krawata poczynają c, a na poł ysku paznokci koń czą c i nie nosił ż adnej biż uterii. Wł osy miał kró tkie i czarne, nie dostrzegał em ani ś ladu zarostu, a oczy w jego zawodowo sterylnej twarzy bł yszczał y dziwnie ciepł ym blaskiem. Zastanawiał o mnie, czemu zaprzedał swą dusze. Miał em nadzieje, ż e dobrze mu zapł acono.

Ż eby dostać się do Sali Klubowej musieliś my zejś ć dwa poziomy w dó ł. Cią ż enie na gó rnym poziomie wynosił o jedną szó stą normalnego cią ż enia ziemskiego - czę ś ciowo dla wygody czł onkó w personelu baz księ ż ycowych, któ rzy byli jedynymi regularnymi goś ć mi stacji “Skyfac", a gł ó wnie jednak (oczywiś cie) dla wygody Carringtona. Ale w miarę schodzenia w dó ł, cią ż enie wzrosł o ledwo uchwytnie, do jednej pią tej, a moż e jednej czwartej normalnego. Moja noga protestował a ostro, ale ku memu zdziwieniu stwierdził em, ż e wolę już ten bó l niż jego brak. To trochę przykre, gdy w ten sposó b odchodzi stary znajomy.

Sala Klubowa był a pomieszczeniem wię kszym, niż się spodziewał em i cał kowicie wystarczał a do naszych celó w. Obejmował a wszystkie trzy poziomy, a cał ą jedną ś cianę zajmował ogromny ekran wideo, po któ rym w oszał amiają cym tempie krą ż ył y gwiazdy, z przypadkową regularnoś cią zlewają c się co chwila z plasterkiem matki Ziemi. Podł oga był a zawalona stoł ami i krzesł ami, poustawianymi w najprzeró ż niejsze kombinacje, ale widział em od razu, ż e po ich usunię ciu miejsca do tań ca bę dzie wystarczają co duż o. Z dawnego nawyku moje stopy zaczę ł y badać przydatnoś ć podł ogi. Potem przypomniał em sobie, jak mał y uż ytek bę dzie z niej robiony.

 - No - powiedział a do mnie Shara, uś miechają c się. - Tak bę dzie wyglą dał nasz dom przez najbliż sze sześ ć miesię cy. Sala Klubowa Pierś cienia Dwa jest identyczna.

 - Sześ ć miesię cy? - spytał McGillicuddy. - Nie ma mowy.

 - Co to znaczy? - spytaliś my ró wnocześ nie Shara i ja.

Sił a naszych poł ą czonych gł osó w sprawił a, ż e przymruż ył oczy.

 - Ty, Charlie, prawdopodobnie wytrzymasz tak dł ugo, ale Shara ma już za sobą rok przebywania w warunkach mał ego cią ż enia. Pracował a przecież jako maszynistka.

 - No to co?

 - Sł uchajcie, o ile dobrze zrozumiał em, macie zamiar przebywać przez dł ugie okresy w stanie nieważ koś ci?

 - Po dwanaś cie godzin dziennie - przyznał a Shara.

 - Przykro mi to mó wić Sharo... - skrzywił się - ale był bym zdziwiony, gdybyś przeż ył a miesią c. Ciał o przystosowane do cią ż enia ziemskiego nie funkcjonuje prawidł owo w stanie nieważ koś ci.

 - Ale się przystosuje, czyż nie?

Roześ miał się bez wesoł oś ci.

 - Jasne. Dlatego wł aś nie co czternaś cie miesię cy wymieniamy cał ą zał ogę. Twoje ciał o się przystosuje. W jedną stronę. Nieodwracalnie. Gdy już się zupeł nie przystosujesz, powró t na Ziemie spowoduje ustanie akcji serca - jeś li już wcześ niej nie wystą pią jakieś inne poważ ne uszkodzenia organizmu. Był aś teraz przez trzy dni na Ziemi. Czy odczuwał aś jakieś bó le w piersiach? Zawroty gł owy? Kł opoty z jelitami? Mdł oś ci w drodze powrotnej na “Skyfac"?

 - Wszystko o czym mó wisz - przyznał a.

 - Sama widzisz. Gdy stą d wyjeż dż ał aś, zbliż ał się koniec twego czternastomiesię cznego limitu. A przy zupeł nym braku cią ż enia, twoje ciał o przystosowuje się jeszcze szybciej. Rekord przebywania w stanie nieważ koś ci wynosi osiem miesię cy i został ustanowiony przez brygady montaż owe budują ce stacje “Skyfac", przy czym wystę pował y już problemy z tą nieprzekraczalną granicą - a oni nie spę dzili wcześ niej roku w warunkach cią ż enia zmniejszonego do jednej szó stej i nie eksploatowali tak swych serc, jak ty zamierzasz to czynić. Do diabł a, na Księ ż ycu przebywa teraz czterech ludzi z pierwszej grupy gó rnikó w, któ rzy już nigdy nie ujrzą Ziemi. Oś miu ich kolegó w pró bował o. Czy wy nic nie wiecie o kosmosie? Czy Carrington nic wam nie powiedział?

Zastanawiał em się, dlaczego Carrington zadał sobie tyle trudu, ż eby oszczę dzić nam badań medycznych przed lotem. Teraz wszystko stawał o się jasne.

 - Ależ ja muszę mieć co najmniej cztery miesią ce. Cztery miesią ce wytę ż onej pracy dzień w dzień. Muszę.

Był a przeraż ona, ale za wszelką cenę starał a się nad sobą zapanować.

McGillicuddy wykonał taki ruch, jakby zamierzał pokrę cić gł ową a potem się rozmyś lił. Jego ciepł e oczy badał y twarz Shary. Odgadywał em jego myś li i poczuł em do niego sympatie.

Myś lał: Jak powiedzieć tej uroczej dziewczynie, ż e jej najwię ksze marzenie nie ma szans ziszczenia?

Nie wiedział nawet poł owy. Ja natomiast uś wiadamiał em sobie, jak wiele Shara już, nieodwoł alnie, zainwestował a w swe marzenie i coś we mnie krzyczał o.

I wtedy dostrzegł em skurcz, przebiegają cy jej przez szczę kę i odważ ył em się mieć nadzieje.

***

Doktor Panzella był ż ylastym staruszkiem o brwiach jak dwie kę dzierzawe gą sienice. Nosił dopasowany kombinezon, któ ry nie stwarzał zagroż enia dla uszczelek skafandra, gdyby doktor musiał wskoczyć weń w poś piechu. Jego dł ugie do ramion wł osy zamiast tworzyć na wielkiej czaszce bujną grzywę był y dla bezpieczeń stwa, na wypadek nagł ego zaniku cią ż enia, spię te z tył u. Ostroż ny czł owiek. Uż ywają c starej metafory, był facetem noszą cym jednocześ nie pasek i szelki. Obejrzał sobie Sharę, przeprowadził na miejscu niezbę dne testy i dał jej zezwolenie na niecał e pó ł tora miesią ca. Shara powiedział a parę sł ó w. Ja powiedział em parę sł ó w. McGillicuddy powiedział parę sł ó w. Panzella wzruszył ramionami, przeprowadził dalsze, dokł adniejsze testy i z ocią ganiem odpią ł szelki. Dwa miesią ce. Ani dnia wię cej. Moż e mniej, zależ nie od wynikó w pó ź niejszej reakcji jej ciał a na przedł uż ają cy się pobyt w warunkach nieważ koś ci. Potem rok na Ziemi przed ponownym podję ciem ryzyka. Shara wydawał a się usatysfakcjonowana.

Nie wyobraż ał em sobie, jak moż emy uwiną ć się w tak kró tkim czasie.

McGillicuddy zapewnił nas, ż e sama nauka sprawnego poruszania się przy zerowym cią ż eniu zajmie Sharze co najmniej miesią c, nie mó wią c już o tań cu w tych warunkach. Wedł ug niego, jej zaż ył oś ć z cią ż eniem ró wnym jednej szó stej ziemskiego bę dzie raczej przeszkodą niż pomocą. Potem, zał ó ż my, trzy tygodnie choreografii i pró b, tydzień zdję ć i moż e przed upł ywem terminu powrotu Shary na Ziemie zdoł amy jeszcze wyemitować jeden program telewizyjny z jej tań cem. Niezbyt zachę cają ca perspektywa. Wyliczyliś my z Shara, ż e potrzeba nam trzech pomyś lnych wystę pó w przed kamerami. Każ dy musi zostać ż yczliwie przyję ty przez widzó w i krytykę, ż eby wyrą bać w otaczają cym ś wiat tań ca murze wył om wystarczają co duż y, by Shara zdoł ał a się przezeń przecisną ć. Rok to o wiele za dł uga przerwa, aby przynieś ć coś dobrego - i kto wie, kiedy Carrington znudzi się Shara? Hukną ł em wię c na Panzelle z gó ry.

 - Panie Armstead - odparł ostro. - Specjalnie polecono mi, abym nie dopuś cił do popeł nienia przez te mł odą lady samobó jstwa. - Uś miechną ł się kwaś no. - Powiedziano mi, ż e to zrobił oby fatalną reklamę.

 - W porzą dku, Charlie - nalegał a Shara. - Zdą ż ę przygotować przez ten czas trzy tań ce. Moż emy stracić trochę snu, ale zdą ż ymy.

 - Powiedział em kiedyś komuś, ż e nie ma rzeczy niemoż liwych. Spytał mnie, czy potrafię przejechać na nartach przez obrotowe drzwi. Nie masz...

Mó j umysł wrzucił z trzaskiem hiperbieg, rozważ ył najrozmaitsze warianty, kopną ł się kilka razy pię tami w tył ek i powró cił do czasu rzeczywistego w samą porę, by usł yszeć, jak moje usta, któ re przez cał y czas nie przestawał y mó wić, koń czą:

 -... duż ego wyboru, jak mi się wydaje. Okay, Tom, każ wysprzą tać te cholerną Salę Klubową Pierś cienia Dwa. Chce mieć ją pustą i nienagannie czystą i każ komuś zamalować te piekielną wideoś cianę; tym samym odcieniem, co pozostał e trzy ś ciany i ma to być naprawdę ten sam odcień. Shara, wyskakuj z tych ciuchó w i zakł adaj trykot. Doktorze, zobaczymy się za dwanaś cie godzin, przestań się gapić, Tom i rusz się - udamy się tam od razu; gdzie są, u diabł a, moje kamery?

McGillicuddy coś wybeł kotał.

 - Daj mi ludzi z palnikami - chce mieć wycię te w ś cianach otwory, za nimi kamery, szyby ze szklą spolaryzowanego, sześ ć stanowisk, obok Sali Klubowej pomieszczenie wielkoś ci kabiny pilotó w odrzutowca pasaż erskiego na konsole mikserską, a obok krzesł a ekspres do kawy. Bę dę też potrzebował drugiego pomieszczenia na montaż taś m, zupeł ne odosobnienie i cał kowita ciemnoś ć, wielkoś ci sporej kuchni, drugi ekspres do kawy.

McGillicuddy wpadł mi wreszcie w sł owo.

 - Panie Armstead, to jest Gł ó wny Pierś cień kompleksu “Skyfac l". Mieszczą się w nim biura administracji jednej z najbogatszych korporacji. Jeś li są dzi pan, ż e cał y Pierś cień stanie dla pana na gł owie...

Poszliś my wię c z tym do Carringtona. Powiedział McGillicuddy'emu, ż e odtą d Pierś cień Dwa jest nasz i należ y udzielić nam wszelkiej pomocy, jakiej zaż ą damy. Sprawiał wraż enie wyrwanego z zadumy. McGillicuddy zaczą ł mu tł umaczyć o ile tygodni odwlecze to ukoń czenie kompleksu “Skyfac l". Carrington odparł na to bardzo spokojnie, ż e potrafi doskonale dodawać oraz odejmować i ż e mu dzię kuje. McGillicuddy zbladł i zamilkł.

Muszę Carringtonowi oddać sprawiedliwoś ć. Dał nam wolną rę kę.

Na “Skyfac 2" poleciał z nami Panzella. Wieź li nas dł ugoszczę cy astronauci na pojazdach dokł adnie przypominają cych cię ż arne kije od mioteł. Dobrze się stał o, ż e był z nami doktor - pod koniec podró ż y Shara zemdlał a. Ja prawie też i jestem pewien, ż e ten kij od miotł y, na któ rym leciał em, miał na dyszach odciski moich ud. Spadanie w otwartym kosmosie jest za pierwszym razem straszliwym przeż yciem. Niektó rzy nigdy nie mogą się z tym oswoić. Wię kszoś ć. Gdy znowu wtaczaliś my Sharę na pokł ad stacji orbitalnej, zareagował a wspaniale i mdł oś ci, na szczę ś cie, nie powró cił y. Nudnoś ci mogą być przykrą rzeczą w stanie nieważ koś ci, ale w skafandrze są katastrofą. Do czasu przybycia moich kamer oraz sprzę tu mikserskiego był a już na nogach i odczuwał a sennoś ć. A kiedy ja poganiał em wypoż yczoną brygadę spoconych montaż ystó w do pracy szybszej, niż to leż y w ludzkiej mocy, Shara rozpoczę ł a naukę poruszania się w warunkach zerowego cią ż enia.

Po trzech tygodniach byliś my gotowi do pierwszych zdję ć.




  

© helpiks.su При использовании или копировании материалов прямая ссылка на сайт обязательна.