Хелпикс

Главная

Контакты

Случайная статья





Podziękowania 51 страница



Mormoni najwyraź niej niezadowolony z wyjaś nienia. - Tak blisko Muru?

- A kogo by innego?

Jon mó gł by im powiedzieć. On wiedział, podobnie jak pozostali, lecz nikt nie chciał wymó wić tego gł oś no. Inni ż yją tylko w opowieś ciach, któ rymi straszy się dzieci. Jeś li w ogó le ż yli kiedykolwiek, to odeszli osiem tysię cy lat temu. Na samą myś l o tym poczuł się gł upio. Teraz jest już dorosł ym mę ż czyzną, czarnym bratem z Nocnej Straż y, a nie mał ym chł opcem, któ ry razem z Branem, Robbem i Aryą siadywał u stó p Starej Niani.

Lord Dowó dca prychną ł tylko. - Gdyby dzicy zaatakowali Bena Starka o pó ł dnia drogi od Czarnego Zamku, wró cił by po posił ki, potem by pojechał za mordercami i gonił ich aż do siedmiu piekieł, ż eby przywieź ć mi ich gł owy.

- Chyba ż e sam zginą ł. - Ser Jaremy nie ustę pował.

Sł owa te bardzo bolał y, nawet teraz. Minę ł o już tyle czasu, ż e trudno był o ż ywić jeszcze jaką kolwiek nadzieję na powró t Benjena Starka, lecz Jon Snow potrafił być uparty.

- Od czasu wyjazdu Benjena minę ł o już prawie pó ł roku - mó wił dalej ser Jaremy. - Las jest ogromny. Dzicy mogli go napaś ć wszę dzie. Zał oż ę się, ż e tylko ci dwaj przeż yli i wracali… lecz wró g dopadł ich, zanim zdoł ali schronić się za Murem. Ciał a są jeszcze ś wież e. Zginę li nie dalej jak dzień temu… moż e nawet…

- Nie - krzykną ł cienkim gł osem Samwell Tarly.

Jon spojrzał na niego zdumiony. Nerwowy wysoki gł os Sama był ostatnią rzeczą, jakiej mó gł się spodziewać. Samwell bał się oficeró w, a poza tym ser Jaremy nie grzeszył cierpliwoś cią.

- Nikt cię nie pytał o zdanie, chł opcze - powiedział chł odno Rykker.

- Niech mó wi, ser - wymamrotał Jon.

Mormont spojrzał na Sama, a potem na Jona. - Jeś li chł opak ma coś do powiedzenia, niech mó wi. Podejdź bliż ej. Nie chowaj się za koń mi.

Sam miną ł Jona i podszedł ostroż nie do przodu. Twarz miał spoconą. - Panie, nie dzień … czy… spó jrz… krew…

- Tak? - warkną ł Mormont zniecierpliwiony. - Krew? I co z tego?

- Robi w majtki na widok krwi - zawoł ał Chett i pozostali zwiadowcy wybuchnę li ś miechem.

Sarn otarł pot z czoł a. - Widać, gdzie… gdzie Duch… wilkor Jona, widać, gdzie odgryzł mu rę kę, a mimo to miejsce to… nie krwawi, zobaczcie… - Machną ł rę ką. - Mó j ojciec, - lord Randyll, czasem kazał mi patrzeć, jak oporzą dzał zwierzę ta, kiedy… po… - Sam pokrę cił gł ową; broda trzę sł a mu się wyraź nie. Teraz, kiedy już zmusił się do spojrzenia na martwe ciał a, nie mó gł oderwać od nich wzroku. - U ś wież o zabitej zwierzyny… krew jeszcze by pł ynę ł a. Pó ź niej… pó ź niej krzepnie, robi się, jak… jak galareta, gę sta… a… - Wydawał o się, ż e za chwilę zwymiotuje. - Ten czł owiek… popatrzcie na jego nadgarstek, jest zeskorupiał y… suchy… jak…

Jon od razu zrozumiał, co Sam ma na myś li. Dostrzegł porozrywane ż ył y wystają ce z nadgarstka zmarł ego, niczym ż elazne robaki. Jego krew przypominał a czarną ziemię. Jaremy Rykker nie wyglą dał na cał kowicie przekonanego. - Gdyby nie ż yli dł uż ej niż dzień, powinni już gnić, a przecież nawet nie cuchną.

Dywen, stary, pokurczony leś nik, któ ry cheł pił się, ż e potrafi wyczuć nadchodzą cy ś nieg, przysuną ł się do trupó w i pocią gną ł nosem. - Moż e nie pachną jak kwiatki, ale… masz rację, panie. Nie czuć trupiego odoru.

- Ciał a są nienaruszone - powiedział cicho Jon. - Duch też się zachowuje inaczej. Psy i konie nie chcą podejś ć.

Zwiadowcy spojrzeli po sobie, przekonani co do sł usznoś ci sł ó w Jona. Mormont zmarszczył brwi, zerkają c to na ciał a, to na psy. - Chett, przyprowadź psy bliż ej.

Chett zaklą ł i pocią gną ł za smycze. Jednemu z ogaró w wymierzył nawet solidnego kopniaka. Wię kszoś ć z psó w zaparł a się, skamlą c. Spró bował pocią gną ć jednego. Suka warczał a i wił a się, jakby pró bował a się wyzwolić z obroż y. Wreszcie skoczył a na starca. Chett wypuś cił smycz i zatoczył się do tył u. Pies skoczył nad nim i pomkną ł mię dzy drzewa.

- I nie tylko to - mó wił dalej Sam Tarly. - Krew… na ich ubraniach widać plamy krwi… i na ciele, są wyschnię te, ale… nie ma ż adnych plam na ziemi… nigdzie. A przecież te… - Sam przeł kną ł ś linę i wcią gną ł gł ę boko powietrze. - Te rany… straszne rany… powinny mocno krwawić. Prawda?

Dywen cmokną ł. - Nie wiadomo, gdzie umarli. Moż e ktoś ich tutaj przynió sł i zostawił dla nas. Ż eby nas ostrzec. - Stary leś nik spojrzał na ciał a. - Moż e gadam jak gł upi, ale nie widział em, ż eby Othor miał przedtem niebieskie oczy.

Ser Jaremy popatrzył na niego uważ nie. - Flowers też nie - wymamrotał i przenió sł wzrok na trupy.

Zapadł a cisza. Przez chwilę sł ychać był o cię ż ki oddech Sama i cmokanie Dywena. Jon przykucną ł obok Ducha.

- Spalić ich - powiedział szeptem któ ryś ze zwiadowcó w, chociaż Jon nie rozpoznał gł osu. - Tak, spalić ich - zawtó rował mu ktoś inny. Stary Niedź wiedź pokrę cił gł ową. - Jeszcze nie. Chcę, ż eby obejrzał to maester Aemon. Zabierzemy ich na Mur.

Niektó re komendy czasem ł atwiej jest wydać, niż się do nich zastosować. Zawinę li ciał a w pł aszcze, lecz gdy Hake i Dywen spró bowali przywią zać je na grzbiecie jednego z koni, zwierzę zupeł nie oszalał o; koń wierzgał i rż ał przeraź liwie, pró bują c nawet gryź ć, kiedy Ketter podbiegł na pomoc. Podobnie zachował y się pozostał e konie, nawet te najł agodniejsze nie chciał y wzią ć na grzbiet takiego cię ż aru. W rezultacie zmuszeni byli nacią ć gał ę zi i zrobić z nich prowizoryczne nosze, na któ rych umieś cili zmarł ych. Minę ł o już poł udnie, zanim wyruszyli w drogę powrotną.

- Każ ę przeszukać tę czę ś ć lasu. - Mormoni zwró cił się do ser Jaremy’ego.. - Każ de drzewo, każ dy kamień czy krzak w promieniu dziesię ciu mil od tego miejsca. Weź wszystkich ludzi, jakich masz, a jeś li bę dzie za mał o, dobierz spoś ró d zarzą dcó w. Jeś li Ben i jego ludzie są gdzieś tutaj, ż ywi czy martwi, to ja ich znajdę. I dowiem się, czy ktoś jeszcze przebywa w tym lesie. Macie ich wytropić i pojmać, ż ywych, jeś li to moż liwe. Zrozumiano?

- Tak - odparł ser Jaremy. - Tak bę dzie.

Potem Mormont już się nie odzywał. Jon jechał tuż za nim, bo tam był o miejsce zarzą dcy Lorda Dowó dcy. Dzień był ponury, wilgotny i szary, jeden z tych, kiedy wszyscy oczekują deszczu. Nawet najlż ejszy powiew wiatru nie poruszył konarami drzew. Jechali w cię ż kim i wilgotnym powietrzu, a Jon czuł, jak ubranie przykleja mu się do ciał a. Był o ciepł o. Zbyt ciepł o. Mur pł akał już od wielu dni i czasem Jon wyobraż ał sobie nawet, ż e się kurczy.

Starzy ludzie nazywali podobną pogodę upiornym latem i twierdzili, ż e ś wiadczy ona o tym, iż koń czy się pora roku. Ostrzegali, ż e potem nadejdą chł ody; dł ugie lato zawsze oznaczał o dł ugą zimę. To lato trwał o dziesię ć lat. Jon był niemowlakiem, kiedy się zaczę ł o.

Duch biegł z nimi przez jakiś czas, a potem znikną ł mię dzy drzewami. Bez niego Jon czuł się nagi. Zerkał niespokojnie na każ dy cień. Mimowolnie przypomniał sobie opowieś ci, któ re opowiadał a im Stara Niania w Winterfell. Wydawał o mu się, ż e znowu sł yszy jej gł os i stukot drutó w. Inni przybywali nocą, opowiadał a coraz bardziej ś ciszonym gł osem. Byli zimni i martwi i nienawidzili ż elaza, ognia i dotyku sł oń ca, a takż e wszelkich ż ywych istot, w ż ył ach któ rych pł ynę ł a ciepł a krew. Grody, miasta, cał e kró lestwa zamieszkane przez ludzi padał y ich ofiarą, a oni sunę li na poł udnie na trupiobladych koniach, pę dzą c ze sobą hordy zabitych. Swoich martwych sł uż ą cych karmili mię sem dzieci…

Jon odetchną ł z ulgą, kiedy zobaczył Mur, jeszcze ledwo widoczny nad koronami pradawnych dę bó w. Mormont zatrzymał konia niespodziewanie i odwró cił się w siodle. - Tarly - rzucił kró tko. - Do mnie.

Jon dostrzegł strach na twarzy Sama, kiedy podjeż dż ał na swojej kobyle; bez wą tpienia spodziewał się kł opotó w. - Owszem, jesteś gruby, chł opcze, ale nie gł upi - burkną ł Stary Niedź wiedź. - Dobrze się spisał eś. Ty też, Snow.

Sam oblał się silnym rumień cem i spró bował wykrztusić z siebie jakieś podzię kowanie, lecz ję zyk zupeł nie mu się poplą tał. Jon uś miechną ł się.

Kiedy wyjechali spod drzew, Mormont ruszył do przodu kł usem. Z lasu wył onił się Duch z pyskiem czerwonym od krwi ofiary. Wartownicy z Muru zauważ yli już zbliż ają cą się kolumnę. Jon usł yszał gł uchy, gardł owy dź wię k wielkiego rogu, któ rego woł anie niosł o się przez mile; pojedyncze dł ugie dmuchnię cie, któ re przetoczył o się z hukiem mię dzy drzewami i odbił o echem od lodu.

UUUUUooooooooooooooooooooooooo.

Dź wię k opadał powoli. Oznaczał on powró t zwiadowcó w. Przynajmniej przez jeden dzień był em zwiadowcą, pomyś lał Jon. Tego nikt mi już nie odbierze.

Przy pierwszej bramie za lodowym tunelem czekał na nich Bowen Marsh. Na twarzy Lorda Zarzą dcy widniał rumieniec podniecenia.

- Panie - bą kną ł do Mormonta, otwierają c ż elazną furtę. - Przyleciał ptak, musisz przyjś ć natychmiast.

- O co chodzi, czł owieku? - burkną ł Mormont.

Zanim odpowiedział, Marsh zerkną ł na Jona. - Maester Aemon ma list. Oczekuje cię w twojej komnacie samotni.

- Dobrze. Jon zajmij się koń mi i niech ser Jaremy zł oż y ciał a w magazynie, gdzie obejrzy je maester. - Mormont odszedł, mruczą c pod nosem.

Kiedy prowadzili konie do stajni, Jon poczuł się nieswojo, widzą c, ż e inni się mu przyglą dają. Na dziedziń cu ser Alliser Thorne musztrował chł opcó w, lecz i on przerwał walkę i patrzył na Jona z ledwo dostrzegalnym uś mieszkiem na twarzy. W drzwiach zbrojowni stał jednorę ki Donal Noye. - Niech bogowie zostaną z tobą, Snow - zawoł ał.

Coś się stał o, pomyś lał Jon. Coś zł ego.

Ciał a odniesiono do jednego z magazynó w u podnó ż a Muru; był y to ciemne, lodowe cele, w któ rych trzymano mię so i zboż e, a czasem i piwo. Jon dopilnował, ż eby nakarmiono i napojono konia Mormonta i dopiero potem zają ł się swoim wierzchowcem. Pó ź niej poszedł poszukać przyjació ł. Grenn i Ropucha mieli wartę, ale Pyp siedział w ogó lnej sali. - Co się stał o? - spytał go.

- Kró l nie ż yje - odpowiedział Pyp ś ciszonym gł osem.

Jon popatrzył na niego zdumiony. Robert Baratheon wyglą dał na starego i grubego w czasie wizyty w Winterfell, ale był w dobrym zdrowiu, a poza tym nie mó wiono wcześ niej o ż adnej chorobie Kró la. - Ską d wiesz?

- Jeden ze straż nikó w podsł uchał, jak Clydas czytał list maesterowi Aemonowi. - Pyp nachylił się do przodu. - Przykro mi, Jon. Był przyjacielem twojego ojca, prawda?

- Kiedyś byli dla siebie jak bracia. - Jon zastanawiał się, czy Joffrey zechce, aby jego ojciec pozostał nadal Namiestnikiem. Nie wydawał o mu się to prawdopodobne. Wtedy lord Eddard mó gł by wró cić do Winterfell, a takż e jego siostry. Moż e lord Mormont pozwoli mu ich odwiedzić. Dobrze był oby znowu zobaczyć uś miech Aryi i porozmawiać z ojcem. Zapytam go o moją matkę, postanowił. Jestem już mę ż czyzną i nadszedł czas, ż eby mi powiedział. Chcę wiedzieć, kim był a, nawet jeś li okaż e się, ż e dziwką. Muszę wiedzieć.

- Hake mó wił, ż e ci zmarli to l udzie twojego wuja - powiedział Pyp.

- Tak - odparł Jon. - Dwaj z sześ ciu, któ rych zabrał ze sobą. Nie ż yli już od dawna, ale ciał a… są dziwne.

- Dziwne? - spytał Pyp podekscytowany. - Co to znaczy?

- Sam ci opowie. - Jon nie miał ochoty o tym rozmawiać. - Pó jdę zobaczyć, czy Stary Niedź wiedź mnie nie szuka.

Poszedł sam do Wież y Lorda Dowó dcy przepeł niony dziwnym lę kiem. Peł nią cy straż bracia popatrzyli na niego z powagą. - Stary Niedź wiedź jest w samotni - poinformował go jeden z nich. - Pytał ciebie.

Jon skiną ł gł ową. Powinien był przyjś ć prosto ze stajni. Ruszył szybko po schodach. Pewnie chce wina albo ż eby rozpalić ogień, powtarzał w myś lach.

Kiedy wszedł do samotni Mormonta, przywitał o go krakanie kruka. - Ziarno! - zaskrzeczał ptak. - Ziarno! Ziarno! Ziarno!

- Nie wierz mu, dopiero co go nakarmił em - burkną ł Stary Niedź wiedź. Siedział przy oknie i czytał list. - Przynieś mi wina, sobie też nalej.

- Sobie?

Mormont podnió sł wzrok znak papieru. Jon wyczuł w jego spojrzeniu wspó ł czucie. - Sł yszał eś przecież.

Jon nalewał z przesadną ostroż noś cią, ś wiadomy tego, ż e specjalnie robi to powoli. Wiedział, ż e gdy skoń czy napeł niać kielichy, bę dzie musiał stawić czoł o wieś ciom przyniesionym przez kruka. W koń cu skoń czył nalewać. - Usią dź, chł opcze - rozkazał mu Mormont. - Napij się.

Jon wcią ż stał. - Chodzi o mojego ojca, prawda?

Stary Niedź wiedź trą cił list palcem. - O twojego ojca i Kró la - burkną ł. - Nie bę dę cię okł amywał, są to smutne wieś ci. Nigdy nie są dził em, ż e zobaczę innego Kró la, nie w moim wieku. Robert był mł odszy ode mnie o poł owę i silny jak tur. - Napił się wina. - Mó wią, ż e Kró l uwielbiał polowania. Zawsze tak się dzieje, chł opcze, ż e niszczy nas to, co kochamy. Zapamię taj. Mó j syn kochał tę swoją mł odą ż onę. Pró ż na kobieta. Gdyby nie ona, nigdy by mu nie przyszł o do gł owy, ż eby sprzedawać tych kł usownikó w.

Jon nie rozumiał, o czym mó wi. - Chyba nie rozumiem, panie. Co z moim ojcem?

- Mó wił em, ż ebyś usiadł - burkną ł Mormont. - Usiadł - zaskrzeczał kruk. - I napij się. To rozkaz, Snow.

Jon usiadł i napił się ł yk wina.

- Lord Eddard został uwię ziony. Oskarż ono go o zdradę. Podobno spiskował z brać mi Kró la, by odebrać tron księ ciu Joffreyowi.

- To niemoż liwe - zaprzeczył gwał townie Jon. - Ojciec nigdy by nie zdradził Kró la.

- Moż e nie - powiedział Mormont. - Nie mnie są dzić. Ani tobie.

- Ale to kł amstwo - upierał się Jon. Jak mogli myś leć w ten sposó b o jego ojcu, czy oni wszyscy zwariowali? Lord Eddard nigdy by się nie zhań bił zdradą … nigdy?

Spł odził bę karta, podpowiedział mu cichy gł os w jego gł owie. Gdzie wtedy był jego honor? A twoja matka? Nie chce nawet wymienić jej imienia.

- Co z nim bę dzie? Zabiją go?

- Nie potrafię ci powiedzieć, chł opcze. Mam zamiar wysł ać list. W mł odoś ci znał em niektó rych z doradcó w kró lewskich. Starego Pycelle’a, lorda Stannisa, ser Barristana… Barristan Selmy jest najzacniejszym spoś ró d rycerzy cał ego Kró lestwa. Kiedy był em chł opcem, nazywano go Barristanem Ś miał ym. Moż e on ich przekona. Bez wzglę du na to, czy twó j ojciec coś zrobił czy nie, pozostaje wielkim lordem. Muszą mu pozwolić przywdziać czarny stró j i doł ą czyć do nas. Bogowie tylko wiedzą, jak bardzo potrzeba nam ludzi tak zdolnych jak lord Eddard.

Jon wiedział, ż e w przypadku innych pozwalano im odkupić winy sł uż bą na Murze. Dlaczego mieliby odmó wić tego prawa lordowi Eddardowi? Jego ojciec tutaj. Na myś l o tym poczuł się trochę nieswojo. Był aby to ogromna niesprawiedliwoś ć, gdyby zabrali mu Winterfell i zmusili do wstą pienia do Nocnej Straż y, jednakż e z drugiej strony, jeś li dzię ki temu miał by ocalić ż ycie…

Tylko czy Joffrey pozwoli na to? Pamię tał Księ cia z wizyty w Winterfell. To on szydził z Robba i ser Rodrika, kiedy ć wiczyli na dziedziń cu. Na Jona prawie nie zwracał uwagi, nie zniż ał się do poziomu bę kartó w nawet w swoich szyderstwach. - Czy Kró l go wysł ucha?

Stary Niedź wiedź wzruszył ramionami. - Kró l to jeszcze chł opiec.. . pewnie bę dzie sł uchał rad matki. Szkoda, ż e nie ma z nimi karł a. Jest wujem chł opaka i wydawał o się, ż e rozumiał nasze potrzeby, kiedy nas odwiedzał. Ź le się stał o, ż e twoja pani matka uwię ził a go…

- Lady Stark nie jest moją matką - odparł Jon stanowczym tonem. Tyrion Lannister okazał mu przyjazne uczucia. Gdyby lord Eddard miał umrzeć, ona był aby tak samo winna jak Kró lowa. - A co z moim siostrami? Arya i Sansa wyjechał y razem z ojcem, czy one…

- Pycelle nic o nich nie pisze, ale z pewnoś cią są bezpieczne. Zapytam o nie w moim liś cie. - Mormont pokrę cił gł ową. - Ż e też wszystko to wydarzył o się w tak niedobrym czasie. Nigdy bardziej nie potrzebowaliś my silnego Kró la… nadcią gają mroczne dni i zimne noce, czuję to w koś ciach… - Spojrzał uważ nie na Jona. - Mam nadzieję, chł opcze, ż e nie zrobisz niczego gł upiego.

On jest moim ojcem, chciał powiedzieć Jon, lecz wiedział, ż e Mormont nie zechce tego sł uchać. Wyschł o mu w gardle, wię c napił się jeszcze wina.

- Tutaj jest twoje miejsce - przypomniał mu Lord Dowó dca. - Twoje stare ż ycie skoń czył o się z chwilą, gdy przywdział eś czarny stró j. - Kruk zawtó rował mu ochryple: - Czarny. - Mormont nie zwracał na niego uwagi. - Nic nam do tego, co robią w King’s Landing. - Kiedy Jon nie odpowiadał, starzec dopił swoje wino i powiedział: - Moż esz iś ć. Nie bę dę cię już dzisiaj potrzebował. Rano pomoż esz mi napisać list.

Jon nie pamię tał chwili, kiedy opuszczał komnatę Starego Niedź wiedzia. Oprzytomniał dopiero, gdy schodził już po schodach. On jest moim ojcem, powtarzał w myś lach, to są moje siostry, wię c jak to moż liwe, ż e nic nam do tego?

Kiedy wyszedł na zewną trz, jeden ze straż nikó w spojrzał na niego i powiedział: - Bą dź silny, chł opcze. Bogowie bywają okrutni.

Wszyscy już wiedzą, zdał sobie sprawę. - Mó j ojciec nie jest zdrajcą - wycedził. Sł owa niemal ugrzę zł y mu w gardle, jakby miał się nimi zadł awić.

Wiatr wzmagał się i teraz Jon miał wraż enie, ż e jest zimniej, niż kiedy wchodził do wież y. Moż e duch lata odchodził. Reszta popoł udnia przeminę ł a jak we ś nie. Jon nie potrafił powiedzieć, doką d chodził, co robił i z kim rozmawiał. Wiedział przynajmniej, ż e Duch był z nim przez cał y czas. Jego milczą ca obecnoś ć dodawał a Jonowi otuchy. Dziewczę ta nie mają nawet tego, pomyś lał. Był yby bezpieczne przy swoich wilkach, ale Dama nie ż yje, a Nymeria zaginę ł a, został y same.

Zanim zaszł o sł oń ce, zaczą ł wiać pó ł nocny wiatr. Idą c do gł ó wnej sali, na wieczorny posił ek, Jon sł yszał, jak wiatr zawodzi w szczelinach Muru i na oblodzonych blankach. Hobb ugotował potrawkę z dziczyzny z duż ą iloś cią kaszy, cebuli i marchwi. Nakł adają c na talerz Jona, dał mu dodatkową porcję, a takż e chrupią cą pię tkę. Jon zrozumiał. On wie. Rozejrzał się po sali: dostrzegł szybko odwracają ce się gł owy, spuszczone oczy. Wszyscy wiedzą.

Jego przyjaciele zebrali się wokó ł niego. - Poprosiliś my septona, ż eby zapalił ś wiecę w intencji twojego ojca - powiedział mu Matthar.

- To kł amstwo, wszyscy wiemy, ż e to kł amstwo, nawet Grenn tak uważ a - zapiszczał Pyp. Grenn przytakną ł mu, a Sam ś cisną ł dł oń Jona. - Teraz jesteś moim bratem, a wię c on jest moim ojcem - powiedział grubas. - Jeś li chciał byś pomodlić się do starych bogó w w boż ym gaju, to pó jdę z tobą.

Zagajnik magidrzew znajdował się za Murem, lecz Jon wiedział, ż e Sam rzeczywiś cie gotó w był pó jś ć tam z nim. Teraz oni są moimi brać mi, pomyś lał. Tak samo jak Robb, Bran i Rickon…

I wtedy usł yszał ś miech, ostry i okrutny jak uderzenie biczem, ś miech ser Allisera Thorne’a. - Nie doś ć, ż e bę kart, to jeszcze bę kart zdrajcy - mó wił do siedzą cych dookoł a niego mę ż czyzn.

W jednej chwili Jon wskoczył na stó ł z noż em w dł oni. Pyp pró bował go zatrzymać, lecz wyszarpną ł nogę i pobiegł wzdł uż stoł u. Jednym kopnię ciem wytrą cił miskę z dł oni ser Allisera. Potrawka bryznę ł a na innych. Thorne odsuną ł się. Bracia zaczę li krzyczeć, lecz Jon Snow ich nie sł yszał. Pochylił się do przodu i zamachną ł sztyletem, mierzą c w zimne, czarne jak onyks oczy, lecz Sam rzucił się mię dzy nich, a Pyp wskoczył Jonowi na plecy jak mał pa. Kiedy Grenn przytrzymał mu ramię, Ropucha wyrwał nó ż z rę ki Jona.

Dł ugo po tym, jak odprowadzili go do jego celi, w któ rej spał, przyszedł do niego Mormont z krukiem na ramieniu. - Mó wił em ci, chł opcze, ż ebyś nie robił niczego gł upiego - powiedział Stary Niedź wiedź. - Chł opcze - zakrakał ptak. Mormont pokrę cił gł ową z dezaprobatą. - I pomyś leć, ż e pokł adał em w tobie duż e nadzieje.

Pozbawiony sztyletu i miecza miał czekać w swojej celi, aż wyż si oficerowi zdecydują, co z nim zrobić. Postawiono też przed jego drzwiami straż nika. Nikt nie miał prawa go odwiedzać. Stary Niedź wiedź uczynił tylko wyją tek dla Ducha, ż eby Jon nie czuł się tak cał kiem opuszczony.

- Mó j ojciec nie jest zdrajcą - powiedział do wilka, kiedy pozostał sam. Duch popatrzył na niego w milczeniu. Jon siedział oparty o ś cianę z rę koma wokó ł kolan i wzrokiem utkwionym w ś wiecy pł oną cej na stole obok wą skiego ł ó ż ka. Pł omień zakoł ysał się, cienie dookoł a niego poruszył y się; wydawał o się, ż e pokó j wypeł nia coraz zimniejsza ciemnoś ć. Nie zasnę dzisiaj, pomyś lał Jon. Ale chyba musiał się zdrzemną ć. Kiedy się obudził, czuł, ż e nogi mu zdrę twiał y; ś wieca dawno się już wypalił a. Duch stał oparty o drzwi przednimi ł apami i drapał w nie. Jon zdziwił się, widzą c, ż e jest już taki duż y. - O co chodzi, Duch? - powiedział cicho. Wilkor odwró cił ł eb i obnaż ył kł y. Co mu się stał o?, zastanawiał się Jon. - To ja, - powiedział cicho, starają c się opanować drż enie gł osu. Mimo to czuł dreszcz na cał ym ciele. Dlaczego zrobił o się tak zimno? Duch cofną ł się od drzwi. W miejscach, w któ rych drapał pazurami, pozostał y gł ę bokie rysy. Jon obserwował go z coraz wię kszym niepokojem. - Ktoś jest na zewną trz, tak? - zapytał szeptem. Duch cofną ł się i przywarł do ziemi, jeż ą c sierś ć. - To pewnie straż nik, pomyś lał. Przecież zostawili go, ż eby mnie pilnował. Duch wyczuwa go przez drzwi, uspokajał samego siebie.

Jon podnió sł się powoli. Ż ał ował, ż e nie ma miecza. Nie potrafił opanować drż enia. Potrzebował trzech szybkich krokó w, ż eby znaleź ć się przy drzwiach. Poł oż ył dł oń na klamce i otworzył drzwi. Niemal podskoczył na dź wię k skrzypią cych zawiasó w.

W poprzek wą skich schodó w leż ał straż nik; jego oczy wpatrzone był y wprost na Jona. Skierowane do gó ry, chociaż straż nik leż ał na brzuchu. Gł owę miał cał kowicie odwró coną w drugą stronę.

Jak to się stał o?, pytał samego siebie. Jesteś my w Wież y Lorda Dowó dcy strzeż onej w dzień i w nocy. Ja chyba ś nię, to jakiś koszmar.

Duch przecisną ł się obok niego na korytarz, po czym ruszył w gó rę po schodach. Potem zatrzymał się i spojrzał do tył u. Jon usł yszał ciche skrzypienie buta na kamiennej posadzce, odgł os przekrę canej klamki. Dź wię ki dochodził y z gó ry. Z komnat Lorda Dowó dcy.



  

© helpiks.su При использовании или копировании материалов прямая ссылка на сайт обязательна.