Хелпикс

Главная

Контакты

Случайная статья





Podziękowania 48 страница



Moż e to z powodu tego, co o nim mó wiono. Wyjechali poza krawę dź ś wiata i moż e ś wiadomoś ć tego wszystko zmieniał a. Każ dy cień wydawał się ciemniejszy, każ dy odgł os bardziej zł owieszczy. Drzewa rosł y tu gę sto i zasł aniał y ś wiatł o zachodzą cego sł oń ca. Kopyta koń skie chrzę ś cił y na cienkiej warstwie ś niegu, co przypominał o odgł os ł amania koś ci, a kiedy wiatr zaszeleś cił liś ć mi, to jakby zimna dł oń przejechał a po grzbiecie Jona. Za ich plecami znajdował się Mur, natomiast przed nimi… tylko bogowie wiedzieli co.

Sł oń ce zeszł o już poniż ej drzew, gdy dotarli na mał ą polanę, na któ rej rosł o w kole okoł o dziewię ciu magidrzew. Jon wstrzymał oddech. Zobaczył, ż e Sam Tarly otwiera szerzej oczy. Nawet w wilczym lesie moż na był o znaleź ć najwyż ej dwa lub trzy biał e drzewa rosną ce obok siebie, natomiast zagajnik z dziewię ciu był czymś niespotykanym. Ziemię mię dzy nimi przykrywał dywan z opadł ych liś ci, krwistoczerwonych na wierzchu i zgnił oczarnych pod spodem, ogromne, gł adkie pnie miał y kolor koś ci, a wyrzeź bione na nich twarze patrzył y do ś rodka. Zastygł y w ich oczach sok był czerwony i twardy jak rubin. Bowen Marsh rozkazał im zostawić konie poza koł em. - Nie bę dziemy kalać ś wię tego miejsca.

Kiedy weszli do gaju, Samwell Tarly obró cił się powoli, przyglą dają c się kolejno twarzom. Każ da był a inna. - Patrzą na nas - wyszeptał. - Dawni bogowie.

- Tak. - Jon klę kną ł, a Sam poszedł w jego ś lady. Kiedy odmawiali sł owa modlitwy, na zachodzie zgasł y ostatnie promienie j i szary dzień zamienił się w czarną noc.

- Wysł uchajcie mych sł ó w i bą dź cie ś wiadkami mojej przysię gi - mó wili jednocześ nie, a dź wię k ich gł osó w popł yną ł przez krą g. - Nadchodzi noc i zaczyna się moja warta. Zakoń czy ją tylko ś mierć.

Nie wezmę sobie ż ony, nie bę dę miał ziemi, ojca ani dzieci. Nie zał oż ę korony i zapomnę o zaszczytach. Bę dę ż ył i umrę na posterunku. Jestem mieczem w ciemnoś ci. Jestem straż nikiem na murach. Jestem ogniem, któ ry odpę dza zimno, ś wiatł em, któ re przynosi ś wit, rogiem, któ ry budzi ś pią cych, tarczą, któ ra osł ania krainę czł owieka. Moje ż ycie i mó j honor należ ą teraz do Nocnej Straż y na tę noc i na wszystkie pozostał e.

Zapadł a cisza. - Klę kaliś cie jako chł opcy - przemó wił uroczystym gł osem Bowen Marsh. - Powstań cie jako bracia Nocnej Straż y.

Jon wycią gną ł rę kę i pomó gł wstać Samowi. Zwiadowcy otoczyli ich i uś miechnię ci skł adali gratulacje. Wszyscy poza starym leś nikiem Dywenem. - Wracajmy już, panie - powiedział starzec do Bowena Marsha. - Zapada ciemnoś ć, a poza tym nie podoba mi się zapach, któ ry czuję.

Spomię dzy biał ych drzew wynurzył się nagle Duch. Szedł mię kko, bezgł oś nie. Biał a sierś ć i czerwone oczy, pomyś lał Jon. Jak drzewa…

Wilk nió sł coś w pysku. Coś czarnego. - Co on tam ma? - spytał Bowen Marsh.

- Do mnie, Duch. - Jon przyklę kną ł. - Przynieś.

Wilkor podszedł do niego posł usznie. Jon usł yszał, jak Sam Tarly wcią ga gwał townie powietrze.

- Dobrzy bogowie - mrukną ł Dywen. - To rę ka.


Eddard

 

Przez okno jego komnaty wlewał o się już szare ś wiatł o poranka, kiedy dudnienie kopyt obudził o Eddarda Starka z kró tkiego, niespokojnego snu. Podnió sł gł owę ze stoł u i spojrzał przez okno. W dole ludzie w skó rach, kolczugach i szkarł atnych pł aszczach gotowali się do ataku na wypchanych sł omą przeciwnikó w. Ned przyglą dał się, jak Sandor Clegane galopuje po ubitej ziemi i wbija ż elazny koniec lancy w gł owę kukł y. Na widok sypią cej się sł omy posypał y się ż arty i przekleń stwa straż nikó w gwardzistó w Lannisteró w.

Czy to pokaz na moją cześ ć?, zastanawiał się. Jeś li tak, to Cersei okazał a się gł upsza, niż sobie wyobraż ał. Dlaczego nie uciekł a? Dał em jej szansę …

Dzień wstał szary i ponury. Ned zjadł ś niadanie w towarzystwie swoich có rek i septy Mordane. Sansa, wcią ż niepocieszona, siedział a ze spuszczoną gł ową i nie chciał a wzią ć niczego do ust, za to Arya zjadał a wszystko, co przed nią postawiono. - Syrio mó wi, ż e mamy czas jeszcze na jedną lekcję, zanim statek odpł ynie - powiedział a. - Mogę, ojcze? Wszystko już mam spakowane.

- Dobrze, ale nie za dł ugo, ż ebyś zdą ż ył a się wyką pać i przebrać. Masz być gotowa na poł udnie, zrozumiano?

- Na poł udnie - odpowiedział a Arya.

Sansa spojrzał a znad swojego talerza. - Skoro ona moż e mieć swoją lekcję tań ca, dlaczego mnie nie pozwalasz poż egnać się z księ ciem Joffreyem?

- Chę tnie z nią pó jdę, lordzie Eddardzie - zaproponował a septa Mordane. - Dopilnuję, ż eby się nie spó ź nił a na statek.

- Sanso, nie był oby rozsą dne, gdybyś teraz poszł a do Joffreya. Przykro mi.

W oczach Sansy pojawił y się ł zy. - Ale dlaczego?

- Sanso, pan ojciec wie najlepiej - odezwał a się septa Mordane. -: Nie wolno ci wą tpić w sł usznoś ć jego sł ó w.

- To niesprawiedliwe! - Sansa odsunę ł a gwał townie krzesł o, tak ż e przewró cił o się na podł ogę, i wybiegł a z pł aczem.

Kiedy septa Mordane podniosł a się, Ned powstrzymał ją podniesioną dł onią. - Niech idzie, septo. Spró buję jej to wytł umaczyć, kiedy wszyscy znajdziemy się bezpieczni w Winterfell. - Septa skł onił a gł owę i usiadł a z powrotem, by skoń czyć ś niadanie.

Godzinę pó ź niej do komnaty samotni Eddarda Starka przyszedł Wielki Maester Pycelle. Staną ł mocno zgarbiony, jakby zbytnio cią ż ył mu ogromny ł ań cuch na jego szyi. - Panie - odezwał się. - Kró l Robert odszedł. Niech bogowie dadzą mu odpoczynek.

- Nie - odparł Ned. - Nienawidził odpoczywać. Niech bogowie obdarzą go raczej radoś cią i mił oś cią, radoś cią sprawiedliwej bitwy. - Czuł się dziwnie pusty. Spodziewał się tej wizyty, a mimo to, usł yszawszy sł owa maestera, poczuł, ż e wraz z nimi coś w nimi umarł o. Gotó w był oddać wszystkie zaszczyty za wolnoś ć, by m swobodnie zapł akać, ale nie mó gł … przecież był Namiestnikiem Roberta. Nadeszł a godzina, przed któ rą się wzdragał. - Bą dź tak dobry i wezwij czł onkó w rady do mojej samotni - zwró cił się do Pycelle’a. W Wież y Namiestnika razem z Tomardem potrafią zadbać o bezpieczeń stwo, nie miał jednak takiej pewnoś ci co do sali narad.

- Sł ucham? - Pycelle zamrugał gwał townie. - Z pewnoś cią sprawy Kró lestwa mogą zaczekać do jutra, kiedy nasz ż al nie bę dzie tak dotkliwy.

- Obawiam się, ż e musimy się spotkać natychmiast - odpowiedział Ned gł osem spokojnym, lecz stanowczym. - Jak każ esz, Namiestniku. - Pycelle wezwał sł uż ą cych i wysł ał ich z poleceniami. Potem z wdzię cznoś cią przyją ł od Neda krzesł o i puchar sł odkiego piwa.

Pierwszy przybył ser Barristan Selmy w lś nią cej zbroi i nieskazitelnie biał ym pł aszczu. - Lordowie - powiedział. - Teraz moje miejsce jest przy mł odym Kró lu. Proszę, bym mó gł się do niego udać.

- Twoje miejsce jest tutaj, ser Barristanie - odpowiedział mu Ned.

Nastę pny zjawił się Littlefinger; ubrany w bł ę kitny aksamit i srebrzystą pelerynę w przedrzeź niacze, tak jak poprzedniego wieczoru, buty miał zakurzone od konnej jazdy. - Moi panowie - powiedział, uś miechają c się bez szczegó lnego powodu, po czym zwró cił się do Neda: - Kró lestwo roni ł zy. Czy zaczniemy?

- Poczekamy na lorda Renly’ego - powiedział Ned.

Yarys posł ał mu smutne spojrzenie. - Obawiam się, ż e lord Renly wyjechał z miasta.

- Wyjechał z miasta? - Ned liczył na poparcie Renly’ego. - Godzinę przed ś witem wyjechał przez boczną furtę w towarzystwie ser Lorasa Tyrella i okoł o pię ć dziesię ciu ludzi - wyjaś nił Yarys. - Widziano ich galopują cych na poł udnie. Pewnie zmierzali do Storm’s End albo do Highgarden.

To tyle, jeś li chodzi o Renly’ego i jego sto mieczy. Nedowi nie podobał o się wcale to, co usł yszał, ale nic nie mó gł poradzić. Wyją ł list Roberta. - Wczorajszej nocy Kró l wezwał mnie do siebie i kazał mi zapisać swoją ostatnią wolę. Lord Renly i Wielki Maester Pycelle zaś wiadczyli pieczę ć Roberta. Zgodnie z jego ż yczeniem list miał zostać otworzony przez radę po jego ś mierci. Ser Barristanie, czy bę dziesz tak mił y?

Lord Dowó dca Gwardii Kró lewskiej obejrzał papier. - Pieczę ć Kró la Roberta. Nie naruszona. - Otworzył list i przeczytał go. - Niniejszym oznajmiam, ż e lord Robert Stark otrzymuje godnoś ć Protektora Kró lestwa i bę dzie sprawował rzą dy aż do chwili uzyskania peł noletnoś ci przez mojego spadkobiercę.

- Tak się skł ada, ż e spadkobierca jest peł noletni - powiedział Ned. - Mam na myś li brata Roberta, Stannisa Baratheona, Lorda Dragonstone.

Wielki Maester Pycelle spojrzał na niego skonsternowany. - Lordzie Namiestniku, nie rozumiem. Ksią ż ę Joffrey…

- … nie jest prawowitym synem Roberta - dokoń czył Ned. Ned napotkał spojrzenie niebieskich oczu ser Barristana. - Doniosł e sł owa wypowiedział eś w tej chwili. Straszne sł owa, jeś li prawdziwe… i zdradliwe, jeś li fał szywe. Gwardia Kró lewska jest zaprzysię ż ona bronić spadkobiercy. Jeś li nie potrafisz udowodnić … - Do komnaty wszedł gruby Tom. - Proszę o wybaczenie, ale zarzą dca Kró la nalega…

Do sali wszedł sam zarzą dca. Skł onił się. - Szacowni lordowie, Kró l nakazuje mał ej radzie zebrać się niezwł ocznie w sali tronowej.

Ned spodziewał się szybkiego uderzenia Cersei, dlatego wezwanie nie zdziwił o go. - Kró l nie ż yje - powiedział - ale pó jdziemy z tobą. Tom, zbierz eskortę.

Littlefinger zaoferował Nedowi swoje ramię, kiedy schodzili po schodach. Yarys, Pycelle i ser Barristan szli tuż za nimi. Na zewną trz czekał a podwó jna kolumna oś miu ż oł nierzy w kolczugach i stalowych heł mach. Szare pł aszcze powiewał y na wietrze, kiedy straż nicy prowadzili ich przez dziedziniec. Ned nie dostrzegł nigdzie ludzi Lannisteró w. Uspokoił się na widok zł ocistych pł aszczy na murach i przy bramie.

Przy drzwiach do sali tronowej przywitał ich Janos Slynt w zdobionej, czarno-zł otej zbroi z wysokim heł mem pod pachą. Dowó dca: j skł onił się sztywno. Jego ludzie otworzyli ogromne dę bowe drzwi, wysokie na dwadzieś cia stó p i okute brą zem.

Kró lewski Zarzą dca wprowadził ich do sali. - Powitajcie Jego Mił oś ć, Joffreya z Domó w Baratheonó w i Lannisteró w, Pierwszego z Rodu, Kró la Andaló w, Rhoynar i Pierwszych Ludzi, Pana Siedmiu Kró lestw i Protektora - oznajmił donoś nym gł osem.

Przeszli przez cał ą salę, zanim stanę li przed Ż elaznym Tronem, na któ rym siedział Joffrey. Kuś tykają c wolno, wsparty na ramieniu Littlefingera, Ned zbliż ył się do chł opca, któ ry obwoł ał się Kró lem. Pozostali podeszli za nim. Kiedy po raz pierwszy staną ł przed tym samym tronem, siedział na koniu z mieczem w dł oni, a Targaryenowie patrzyli ze ś cian, jak zmusił Jaime’a Lannistera, by opuś cił tron. Teraz zastanawiał się, czy Joffrey opuś ci go ró wnie ł atwo.

Pię ciu rycerzy Kró lewskiej Gwardii - wszyscy poza ser Jaime’em i ser Barristanem - utworzył o pó ł kole wokó ł podstawy tronu. Byli uzbrojeni od stó p do gł ó w, z ich ramion zwisał y dł ugie jasne pł aszcze, a do lewej rę ki przypię li biał e tarcze. Cersei Lannister z dwó jką mł odszych dzieci stał a za ser Borosem i ser Merynem. Kró lowa ubrana był a w jedwabną suknię, w kolorze morskiej zieleni obszytą myrską koronką, biał ą jak morska piana. Na jej palcu lś nił pierś cień ze szmaragdem wielkoś ci goł ę biego jaja, a na gł owie tiara.

Ksią ż ę Joffrey siedział nad nimi w zł otym kubraku i czerwonej atł asowej pelerynie. U stó p wą skich i stromych schodó w prowadzą cych do tronu stal Sandor Clegane w ciemnoszarej zbroi i w heł mie w kształ cie psiego pyska.

Za tronem czekał o dwudziestu ż oł nierzy Lannisteró w z dł ugimi mieczami w pochwach u boku. Ich ramiona okrywał y szkarł atne pł aszcze, a ich heł my zdobił y grzebienie w kształ cie lwó w. Littlefinger dotrzymał obietnicy. Pod ś cianami, przed gobelinami Roberta peł ny mi scen myś liwskich, stali ż oł nierze Straż y Miejskiej w zł ocistych pł aszczach; każ dy z nich zaciskał dł onie na drzewcu wł ó czni dł ugiej na osiem stó p i zakoń czonej czarnym, ż elaznym grotem. Przypadał o ich pię ciu na jednego Lannistera.

Kiedy Ned wreszcie zatrzymał się, jego nogę rozrywał przenikliwy bó l. Wcią ż opierał się na ramieniu Litllefingera.

Joffrey wstał. Na jednej stronie jego szkarł atnej, atł asowej peleryny widniał o pię ć dziesią t ryczą cych lwó w wyszytych zł otą nicią, z drugiej strony pię ć dziesią t pę dzą cych jeleni. - Nakazuję radzie poczynić przygotowania niezbę dne do mojej koronacji - oś wiadczył chł opiec. - Ma ona nastą pić w cią gu dwó ch tygodni. Dzisiaj przyjmę hoł d lenniczy moich wiernych doradcó w.

Ned wyją ł list Roberta. - Lordzie Yarys, bą dź tak dobry i pokaż ten list lady Lannister.

Eunuch podał zwó j Cersei. Kró lowa zerknę ł a na treś ć. - Protektor Kró lestwa - przeczytał a. - Czy to ma być twoja tarcza, panie? Kawał ek papieru? - Przedarł a list na pó ł, a poł owy na ć wiartki, po czym rzucił a go na podł ogę.

- To był y sł owa Kró la - przemó wił ser Barristan drż ą cym; gł osem.

- Teraz mamy nowego Kró la - odparł a Cersei Lannister.

- Wasze Mił oś ci, Namiestnik knuje zdradę! - zawoł ał Pycelle. Jego cię ż ki ł ań cuch zadzwonił, kiedy starzec opadł na kolana.

Kró lowa zignorował a go. - Podczas naszego ostatniego spotkania udzielił eś mi pewnej rady, lordzie Stark. Pozwó l, ż e ci się odwzajemnię. Zegnij kolano, panie. Klę knij i zł ó ż hoł d mojemu synowi, a pozwolimy ci zł oż yć urzą d Namiestnika i przeż yć resztę ż ycia na szarym pustkowiu, któ re nazywasz domem.

- Gdybym tylko mó gł - powiedział Ned. - Niestety, twó j syn nie ma prawa do tronu, na któ rym zasiada. Prawowitym spadkobiercą jest lord Stannis.

- Kł amca! - krzykną ł Joffrey czerwony na twarzy.

- Matko, o czym on mó wi? - spytał a księ ż niczka Myrcella pł aczliwym gł osem. - Czy Joff nie jest teraz Kró lem?

- Lordzie Stark, pogrą ż asz się wł asnymi sł owami - powiedział a Cersei Lannister. - Ser Barristanie, pochwyć cie zdrajcę.

Lord Dowó dca Kró lewskiej Gwardii zawahał się. W nastę pne chwili otoczyli go ludzie Starka z mieczami w dł oniach.

- Teraz to już nie tylko sł owa, lecz rzeczywista zdrada - odezwał a się Cersei. - Są dzisz, panie, ż e ser Barristan jest sam? Rozległ się zł owieszczy szczę k miecza wysuwanego z pochwy; był to miecz Ogara. Za jego przykł adem poszli rycerze Kró lewskiej Gwardii i dwudziestu straż nikó w Lannisteró w.

- Zabijcie go! - wrzeszczał z tronu Kró l. - Rozkazuję wam zabić ich wszystkich!

- Nie zostawiasz mi wyboru - powiedział Ned do Cersei Lannister. - Dowó dco - zwró cił się do Janosa Slynta - zatrzymajcie Kró lową i jej dzieci. Nie czyń cie im krzywdy, lecz odprowadź cie pod eskortą do kró lewskich komnat, gdzie mają pozostać pod straż ą.

- Straż! - zawoł ał Janos Slynt, wkł adają c heł m. Stu ż oł nierzy w zł ocistych pł aszczach opuś cił o wł ó cznie.

- Nie chcę rozlewu krwi - zwró cił się Ned do Kró lowej. Każ swoim ludziom odł oż yć miecze, a nie trzeba bę dzie…

Stoją cy najbliż ej Tomarda ż oł nierz Straż y Miejskiej ugodził go wł ó cznią w plecy. Czerwony czubek grota przebił skó rzaną ochronę i kolczugę mię dzy jego ż ebrami; Gruby Tom nie ż ył, zanim jego miecz uderzył o ziemię.

Okrzyk Neda był spó ź niony. Janos Slynt sam poderż ną ł gardł o Varly’emu. Cayn odwró cił się na pię cie i szybkimi cię ciami obronił się przed napierają cym na niego wł ó cznikiem. Przez chwilę wydawał o się, ż e wydostanie się na wolnoś ć, lecz w nastę pnej chwili zaatakował go Ogar. Pierwszym cię ciem Sandor Clegane odcią ł Caynowi dł oń, w któ rej trzymał miecz, drugim rzucił go na kolana, trzecim zaś przecią ł go od barku po obojczyk.

Kiedy ludzie Neda kolejno ginę li, Littlefinger wycią gną ł sztylet z pochwy Namiestnika i przył oż ył mu go do gardł a. Uś miechną ł się przepraszają co. - Ostrzegał em cię, ż ebyś mi nie ufał.


Arya

- Gó ra - krzykną ł Syrio Forel, zadają c cię cie w gł owę. Rozległ się trzask uderzenia kija o kij, kiedy Arya odparował a cios.

- Lewa - zawoł ał i uderzył. Jej kij natychmiast wyszedł mu na spotkanie. Zacisną ł zę by na dź wię k uderzenia.

- Prawa - powiedział, a potem zaraz: - Dó ł, lewa, lewa - i jeszcze raz i jeszcze szybciej. Arya cofał a się przed nim, odparowują c kolejne uderzenia.

- Pchnię cie - rzucił ostrzegawczo i zadał cios. Ona zaś uskoczył a w bok, odepchnę ł a jego kij i zadał a cię cie w ramię. Prawie go dotknę ł a, prawie, był a tak blisko, ż e uś miechnę ł a się zadowolona. Kosmyk mokrych wł osó w opadł jej na oczy. Odsunę ł a go grzbietem dł oni.

- Lewa - zawoł ał Syrio. - Dó ł. - Jego miecz ś migał z ogromną szybkoś cią, a w Mał ej Sali rozległ o się echo drewnianych uderzeń. - Lewa. Lewa. Gó ra. Lewa. Prawa. Lewa. Dó ł. Lewa!

Drewniane ostrze uderzył o ją wysoko w pierś; przenikliwy bó l, któ ry nadszedł ze zł ej strony. - Au - krzyknę ł a. Do wieczora, kiedy już znajdą się na morzu, bę dzie miał a nowego siniaka. Każ dy siniak to kolejna lekcja, powtarzał a sobie, a każ da lekcja czyni nas lepszymi.

Syrio cofną ł się. - Już nie ż yjesz.

Arya skrzywił a się. - Oszukał eś - odparł a. - Powiedział eś lewa, a uderzył eś z prawej

- Tak. I już nie ż yjesz.

- Ale oszukał eś!

- Tylko w sł owach. Moje oczy i moje ramię wykrzykiwał y prawdę, lecz ty nie widział aś.

- Wcale nie - zaprzeczył a. - Patrzył am przez cał y czas!

- Patrzeć to jedno, a zobaczyć to co innego, martwa dziewczyno. Wodny tancerz widzi wszystko. Chodź, odł ó ż miecz, czas na sł uchanie.

Poszł a za nim i usiadł a na ł awce.

- Syrio Forel był pierwszym mieczem u Morskiego Lorda z Braavos, a wiesz dlaczego?

- Był eś najlepszym szermierzem w mieś cie.

- Wł aś nie, ale dlaczego? Inni byli silniejsi, szybsi, mł odsi. A zatem dlaczego Syrio był najlepszy? Powiem ci. - Dotkną ł koń cem palca swojej powieki. - Sztuka patrzenia, oto najwię ksza tajemnica. Posł uchaj mnie. Statki z Braavos ż eglują tak daleko, jak daleko wieje wiatr, docierają do pię knych i dziwnych lą dó w, a kiedy wracają, przywoż ą niezwykł e zwierzę ta do menaż erii Morskiego Lorda. Na pewno takich jeszcze nie widział aś: konie w paski, ogromne cę tkowane stworzenia o szyjach dł ugich jak tyki, wł ochate myszoś winie o rozmiarach krowy, jadowite mantykory, tygrysy, któ re noszą mał e w torbach na brzuchu, ogromne jaszczury o pazurach ostrych jak sztylety. Syrio Forel widział je wszystkie. W dniu, któ ry mam na myś li, poległ pierwszy miecz i Morski Lord posł ał po mnie. Wielu ś miał kó w do niego przychodził o i wszyscy musieli odejś ć, a ż aden nie wiedział dlaczego. Kiedy staną ł em przed nim, siedział, a na jego kolanach spoczywał gruby, ż ó ł ty kot. Powiedział mi, ż e jeden z kapitanó w przywió zł mu go z wyspy poł oż onej dalej niż wschodzi sł oń ce. Zapytał mnie, czy widział em kiedyś podobną bestię.

A ja mu odpowiedział em, ż e każ dej nocy spotykam setki podobnych na uliczkach Braavos. Wtedy Lord roześ miał się i jeszcze tego samego dnia został em pierwszym mieczem.

Arya skrzywił a się. - Nie rozumiem.

Syrio cmokną ł. - Kot na jego kolanach był zwykł ym kocurem. Inni spodziewali się ujrzeć jakiegoś bajecznego stwora i takim go widzieli. Dziwili się, ż e taki ogromny, chociaż w rzeczywistoś ci nie był wię kszy od normalnego kota, jedynie bardzo gruby, a to z lenistwa, ponieważ jego pan karmił go jedzeniem ze swojego stoł u. Jakie dziwne, mał e uszy, mó wili. Uszy miał poogryzane w walkach w kuchni. Ponadto był to kocur, lecz kiedy lord nazwał go kotką, oni widzieli kotkę. Sł uchasz mnie? Arya zastanawiał a się przez chwilę. - Ty widział eś, jaki był naprawdę.

- Wł aś nie. Potrzeba tylko otworzyć oczy. Serce kł amie, a gł owa nas zwodzi. Jedynie oczy widzą prawdę. Patrz oczyma. Sł uchaj uszami. Wą chaj nosem i czuj przez skó rę. Potem dopiero myś l. W ten sposó b poznasz prawdę.

- Rozumiem - powiedział a Arya uś miechnię ta.

Syrio Forel takż e się uś miechną ł. - Myś lę, ż e kiedy dotrzemy już do tego twojego Winterfell, weź miesz do rę ki swoją Igł ę.

- Och, tak! - ucieszył a się Arya. - Zobaczysz, kiedy pokaż ę Jonowi…

Ogromne, dę bowe drzwi Mał ej Sali otworzył y się z hukiem. Arya odwró cił a się szybko.

Pod ł ukiem wejś cia stał rycerz Kró lewskiej Gwardii, a za nim pię ciu ż oł nierzy Lannisteró w. Miał na sobie peł ną zbroję, przył bicę zostawił podniesioną. Arya rozpoznał a rudawe bokobrody i opadają ce w ką cikach oczy; znał a je, ponieważ ser Meryn Trant towarzyszył Kró lowi w czasie jego wizyty w Winterfell. Ż oł nierze ubrani byli w kolczugi i stalowe heł my z lwami. - Aryo Stark - przemó wił rycerz. - Chodź z nami, dziecko.

Arya przygryzł a wargę, niepewna, co robić. - Czego chcesz?

- Ojciec chce cię widzieć.

Arya zrobił a krok do przodu, lecz Syrio Forel chwycił ją za ramię. - Ciekawe, dlaczego lord Stark wysył a po có rkę czł owieka Lannisteró w, zamiast któ regoś ze swoich ludzi?

- Trzymaj ję zyk za zę bami, nauczycielu tań ca - powiedział ser Meryn. - Nie wtrą caj się.

- Mó j ojciec z pewnoś cią by nie wysł ał ciebie - powiedział a Arya i chwycił a drewniany miecz. Lannisterowie roześ miali się.

- Odł ó ż to, dziewczyno - powiedział ser Meryn. - Jestem Zaprzysię ż onym Bratem Gwardii Kró lewskiej, Biał ych Mieczy. - Tak samo jak Kró lobó jca, kiedy zabijał starego kró la - powiedział a Arya. - Nie muszę iś ć z tobą, jeś li nie zechcę.

Ser Meryn Trant stracił cierpliwoś ć. - Brać ją - zwró cił się do swoich ludzi i opuś cił przył bicę.

Trzech spoś ró d ż oł nierzy ruszył o do przodu, pobrzę kują c cicho kolczugami. Arya poczuł a strach. Strach rani gł ę biej niż miecz, powtarzał a w duchu, by dodać sobie odwagi. Syrio Forel staną ł przed nią, uderzają c drewnianym mieczem o but. - Stó jcie. Jesteś cie mę ż czyznami czy psami, ż e straszycie dzieci?

- Z drogi, starcze - odezwał się jeden z ż oł nierzy. Drewniany miecz Syria ś wisną ł i zadź wię czał na stalowym heł mie.

- Rozmawiasz z Synem Forelem, któ remu należ y się wię cej szacunku.

- Ś miał y sukinsyn. - Ż oł nierz wycią gną ł miecz. Kij ś migną ł powtó rnie. Arya usł yszał a grzechot ż elaznego miecza, któ ry uderzył o podł ogę. - Moja rę ka - ję kną ł mę ż czyzna, dotykają c zł amanych palcó w.

- Jesteś szybki, jak na nauczyciela tań ca - powiedział ser Meryn.

- A ty wolny, jak na rycerza - odparł Syrio.

- Zabijcie go i przyprowadź cie do mnie dziewczynę - rozkazał rycerz w biał ej zbroi.

Czterech spoś ró d ż oł nierzy Lannisteró w obnaż ył o miecze. Pią ty z nich, ten ze zł amanymi palcami, spluną ł i wycią gną ł lewą rę ką sztylet.



  

© helpiks.su При использовании или копировании материалов прямая ссылка на сайт обязательна.